środa, 29 lutego 2012

Prosektorium oTAGowane: Nigdy nie wychodzę z domu bez...

Kolejny tydzień i kolejny tag zapukał do mojego Prosektorium, zawisł nad nim niczym widmo, tym razem dzięki MadAsAHatter, której bardzo serdecznie dziękuję. ;) Tym razem będę się wam spowiadać z 5 grzechów, które popełniam zawsze wychodząc z domu, gdyż jest to tag...:





Zasady:
-Podaj 5 produktów kosmetycznych, które stosujesz wychodząc z domu, takie must have na wyjście (można dołączyć zdjęcie)
-Utwórz osobny post na blogu z kopią obrazka i informacją, kto cię otagował
-Przekaż zabawę i zasady 5 innym bloggerkom


Pomijając produkty codziennej higieny, które są chyba dla każdego oczywistą oczywistością, oraz wszelkie czynności z nimi związane, przechodzę od razu do sedna.



1. Dokładne nawilżenie i matowanie twarzy


Nawilżenie to podstawa. Po porannym myciu mam zazwyczaj strasznie ściągniętą skórę, czego nienawidzę. Dlatego najszybciej, jak się tylko da wklepuję w twarz kremik nawilżający. A potem zaczyna się zabawa. Zależnie od tego, czy potrzebuję mejk nieskazitelny i wyjściowy, czy codzienny, na kremik nakładam albo korektory i podkład, a dopiero potem pudruję (również matem), albo od razu puder matujący. Kiedyś używałam podkładu codziennie, jednak nie zawsze dawało to naturalny wygląd (różne eksperymenty z podkładami, do tej pory nie znalazłam tego jedynego... T.T) a już na pewno zapychało pory tak, że później Sacz walczyła spory kawałek czasu z zaskórnikami i drobnymi wypryskami, które wyglądały strasznie nieestetycznie. Teraz spokojnie wystarcza mi sam puder. (Btw. znacie jakieś podkłady, nie zapychające, nie tłuste, matujące, lekkie i w bardzo jasnych odcieniach? xD Obecnie mam ogromnego focha na Affinitone, przez to że pogłębia mi moje praktycznie niewidoczne zmarszczki i robi ze mnie starego babsztyla mimo mego młodego jeszcze wieku xD)


2. Soczewki kontaktowe oraz pojemniczek z płynem


Jak się jest ślepym to ma się trzy wyjścia:
  • nie stosuje wspomagaczy i tym samym uprawia ekstremalny sport zwany wpieprzaniem się na wszystko, co jest pod nogami
  • stosuje się wspomagacz typu pingle i ryzykuje otrzymaniem ciosu piłką siatkową między oczy i utratą skóry z 1/3 powierzchni nosa (nie żebym miała jakąś traumę, to było 4 lata temu i już się zagoiło xD)
  • stosuje się wspomagacz typu kontakty i ryzykuje wydłubaniem sobie patrzałki paznokciem, podrapaniem rogówki i bakteryjnym zapaleniem spojówek, jeśli nie przestrzega się BHP
Jako że Sacz preferuje ekstremalne rozwiązania, a posiada całkiem małą wadę (-0,75 soczewkowa, bo okularowa większa), nie wychodzi z domu bez kontaktów made-in-Korea (do zakupienia w geooptice, wysokiej jakości, mięciutkie, wygodne i całkowicie bezpieczne), gdyż w Polsce mamy obecne tylko Freshlooki, które nie dają satysfakcjonującego efektu a drogie są wybornie. Dużo wygodniejsze od pingli, wymagają nieco zachodu - głównie chodzi o higienę: mycie rąk przed nałożeniem, codzienna wymiana płynu w pojemniczku i wymiana pojemniczka przy zmianie płynu xD Dla osób, które noszą soczewki dodam tylko, że płyn EYEYE All in One jest najlepszym jaki do tej pory posiadałam i z czystym sercem mogę go polecić, w przeciwieństwie do nie-wiem-dlaczego-uwielbianego-przez-wszystkich SoloCare Aqua, który podrażnił mi oczy do tego stopnia, że nie wytrzymywałam w szkłach nawet 5 minut. Ot taka mała dygresja.


3. Tusz do rzęs


Jest to minimalne minimum, jeśli chodzi o makijaż oka i jego podkreślenie. Nie będę się długo rozwodzić, napiszę tylko, że raczej nie zdarza mi się posiadać więcej niz jedną maskarę, z prostego zresztą powodu. Zazwyczaj bardzo szybko wysychają, a mając x różnych maskar, na pewno nie zużyję wszystkich w przeciągu tych 6 miesięcy od otwarcia, kiedy to są jeszcze na tyle rzadkie, że nie grudkują się i nie sklejają rzęs.


4. Ochrona, nadanie koloru i nawilżenie ust


W przeciwieństwie do maskar, pomadki, balsamy, szminki, błyszczyki i inne cudaczki do ust sa moim konikiem, a to co widzicie powyżej, to tylko kilka wybrańców, które zmieściły się w kadrze xD Lubię bawić się kolorem, nie mam jakichś specjalnych preferencji, jesli chodzi o markę. Byle, żeby na ustach dawały ładny i estetyczny efekt :D


5. Zapachowe psik-psiki


Markowe, nie markowe, tanie, drogie - byleby trafiały w mój gust. Zazwyczaj używam tego, co dostanę. Bardzo rzadko kupuję sama zapachy, chyba, że mgiełki avonowe, które wybieram sama. Niestety do tej pory nie znalazłam swojego wymarzonego zapachu, więc nadal szukam, próbuję i pachnę! Bo kobieta pachnieć musi xD


I teraz łamigłówka, komu taga przekazać dalej... Wybieram:

wtorek, 28 lutego 2012

Sekcja 11.: L'Oreal Color Minerals 60 Topaz Shimmer

Uff... przeżyłam. Dzień okropny, wyspać się nie można, jeszcze w dodatku śnieg sypie jak szalony. Nosz szlag! Jedynym plusem dnia dzisiejszego jest to, że przyszła do mnie poranną pocztą ogrooomna (jak na swoje naprawdę minimalne koszta) paczucha kosmetycznych zwłok, które udało mi się upolować. I wierzcie mi, będzie o czym czytać!
Rozwiązując sudoku, polerując narzędzia chirurgiczne, zastanawiałam się, czym was dziś uraczyć. A że niezbyt chce mi się dziś maziać balsamami, czeka was sekcja kolorówki.


Jak widać na załączonym wyżej obrazku, dziś będziemy kroić drugiego już delikwenta z serii mineralnej L'Oreala. Tym razem padło na Color Minerals 60 Topaz Shimmer, mineralny cień do powiek, który został mi udostępniony na czas testów przez Iwonę, której za to serdecznie dziękuję. Topaz Shimmer to nic innego jak piękny błękit, delikatnie wpadający w turkus. Podobnie jak róż do policzków, pełen jest delikatnych, srebrnych drobinek, które bardzo ładnie iskrzą się na naszych patrzałkach.


Wygląd i jakość pojemniczka nie uległy zmianie. Nadal mamy do czynienia z klepsydrą wykonaną z dosyć słabej jakości plastiku, który pęka, mimo iż nie rzuca się opakowaniem ani w ścianę, ani w eks chłopaka (chyba, że Iwona rzucała, pojęcia nie mam). Na czubku mamy ponownie zupełnie nie praktyczny, nieco twardy i rozłażący się we wszystkie strony świata i wszechświata pędzelek, na szczęście ktoś inteligentny pomyślał chociaż o zmniejszeniu jego rozmiaru. Osobiście go nie używałam. Wolę swoje mięciuchy.


Wnętrze również bez większych zmian. Nadal mamy gruboziarniste siteczko, z którego gdy chcemy, nic nie możemy wydobyć, ale gdy wyjmiemy cień z kosmetyczki, czeka nas istny armagiedon. Wybacz Iwona, że to napiszę, ale gdy wyciągnęłam go z torby po przybyciu do domu, pierwsze co, to upieprzyłam się cała na niebiesko. Jak Smerf jakiś. Z resztki, która już przeszła "na tamtą stronę", czyli za siteczko, zrobiłam sobie odsypkę, jakiś 1g, albo nawet i mniej, a cienia w pojemniczku i tak nie ubyło. W każdym razie odsypeczka na pewno starczy mi na dłuuugo. Ale wracając - konsystencja nadal delikatna i pudrowa. Przyznam, ze po zrobieniu swatcha na dłoni, byłam nieco przerażona i zawiedziona - ledwie widoczna, sparkląca się poświata, niczym ciało Edwarda Wąpierza wystawione na światło dzienne. Ale nie poddałam się i zabrałam do dalszych analiz.


Bawiąc się w małego naukowca, Sacz pokminiła troszkę i doszła do wniosku, że skoro to jest kosmetyk (prawie)naturalny, to powinien się on przyzwoicie łączyć z wodą. I tak oto Sacz odkryła Amerykę, wymyślając zastosowanie tego cienia, jako eyelinera. Tym samym informuję, że nie radzę nakładać go na sucho - będziecie mieć błękitne policzki, brodę, usta - ale nie powieki! Taka wredna bestia! Chyba że na bazę, ale to już inna bajeczka.

L'Oreal Color Minerals 60 Topaz ShimmerSensique, Glamour Palette 111
Avon, ColorTrend Great LengthsLovely, Eyeliner czarnyEssence, Kajal Pencil 01 BlackEssence, I Love Stage, Eyeshadow Base
  

A tu mamy już jego pierwotne zastosowanie, czyli jako cień do powiek, w duecie z wielokrotnie chwaloną już przeze mnie Sensique Glamour Palette 111. Cień, mimo iż drobinkowy, doskonale łączy się nawet z matami, świetnie rozprowadza na powiece i współpracuje przy blendowaniu, co zresztą możecie podziwiać wyżej (kij, że kolor nie pasuje mi do urody xD).
Cień jest praktycznie nie do zużycia. Nie mam pojęcia, jaka jest jego pojemność. Cena według Wizażu to aż 43zł za sztukę, co dla mnie jest osobiście przegięciem, jednak na allegro czy po znajomości, można go spokojnie nabyć za pół ceny ;) Albo i nawet taniej. A już moim zdaniem bardziej opłaca się kupować opakowania testerowe. Dlaczego? Gdyż są tańsze, nie mają niepotrzebnego pędzlucha i podwójną (!) pojemność. Jakościowo jestem z nich zadowolona, jako liner, bez bazy trzymały mi się całe 12 godzin, jako cienie przegrały jedynie próbę ścieralności (odbiły się lubemu na policzku - ale chyba nie zauważył, że się sparklił xD). Poza tym jestem bardzo z tego minerałka zadowolona i szczerze rozmyślam jego zakup. Nie koniecznie niebieski xD.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Sekcja 10.: Wibo Crocodile Skin 04 Mystery Girl

Nastał kolejny poniedziałek, bury i ponury z niewielkimi przebłyskami wczesnowiosennego słońca. Coś przerażającego. Teoretycznie już od godziny powinnam siedzieć w Domu Kultury i usypiać na jakiejś "sztuce" z Andrzejem Sewerynem. Tymczasem siedzę przed laptopem, przeprowadzam sekcję zwłok średniej jakości lakier do paznokci, zbieram się mentalnie do przeczytania "Przedwiośnia" i opycham się kiwi. Lubicie kiwi?
Do rzeczy. Jako że do tej pory nie zamieściłam jeszcze wyników sekcji żadnego lakierstwa, dziś pod skalpel idzie Krokodylek Wibo, który zakupiłam jakieś... parę notek temu. Tak na dobry początek tygodnia.


A oto i dzisiejszy trup. Krokodylek w wersji buraczkowej, bądź też ciemno-czerwonej. Cudowna buteleczka, taki pękaty, oszroniony cosiek, z ładnie wyprofilowaną nakręteczką i obowiązkowo "metką" ze wskazówkami i sposobem aplikacji, mieszcząca 9,5ml za 10zł według Wizażu, jakieś 7,50zł według Rossmanna, ja zaś nabyłam go za jakieś 4,50zł na promocji.


Jako, że jest to pękacz, należy go aplikować na lakier bazowy. I tu niespodzianka - Krokodyl nie z każdym lakierem się przyjaźni. Nie wiem dlaczego, ale warczy na drobinkowe (nie to, że nie pęka - pęka, ale słabo, drobno, niekrokodylowo), podobno tworzy doskonały związek z matowymi Wibo, ja jednak przeglądając oferowane odcienie matów, doszłam do wniosku, że żaden dla Buraczka nie byłby odpowiedni. Dlatego też zestawiłam go z jego kuzynem, Wibo Express Growth 25, czystą, kremową bielą. Zadziałało! Dwie warstwy białego, jedna, gruba buraczka i voila!


Otrzymałam coś takiego, jak powyżej. Pęka inaczej niż zwykły pękacz. Jego faktura rzeczywiście po wyschnięciu przypomina skórę krokodylka, i tu również ciekawostka - pęka dopiero przy zaschnięciu. Jest to o tyle wygodne, ze wiemy od razu, iż lakier zaschnął na amen i nie odbije nam się na nim jakaś kołderka albo podusia. Od razu przepraszam za pomaziane gdzieniegdzie skórki - malowanie paznokci po północy wcale nie jest dobre.
A teraz kilka spraw technicznych. Lakier ma całkiem wygodny pędzelek, bardzo rzadką, wręcz wodnistą konsystencję, co ułatwia i znacznie przyspiesza wysychanie, niestety ma też swój minus. Mianowicie, nakładając grubszą warstwę lakieru, należy pilnować, czy aby mały partyzant gdzieś nie spierdziela na skórki, albo nie skapuje, nie zbiera się taką grubą gulką na końcówkach. A mi się niestety to zdarza.


Kolejną zaletą Krokodylka jest to, że nie jest śmierdziuchem. W ogóle. Znaczy, nie pachnie jak normalny lakier z krwi i kości. O.o Dla mnie pachnie on identycznie jak lakiery crackle do decoupage'u, czyli całkiem przyjemnie. Ale kto co woli.
Niestety nie jest to lakier-marzenie. Nieprzyjemne wrażenia zaczynają się tuż po odkręceniu nakrętki, mianowicie Krokodylek lubi się umiejscowić między nakręteczką a tą szyjką buteleczkową, następnie tam zaschnąć, by potem przy odkręcaniu nieestetycznie się pokruszyć i - jak ktoś ma wyjątkowego pecha - wkruszyć się do buteleczki. O rozpływaniu i dezerterce już pisałam.


Kolejnym i chyba największym jego błędem jest nietrzymanie się paznokcia. Jak to wygląda? Tuż po pomalowaniu potrafi się odkruszyć, odprysnąć, co możecie zaobserwować na zdjęciu numer 4. Na zdjęciu numer 5 natomiast siedzi sobie Krokodylek po jakichś 14 godzinach od pomalowania. Starte końcówki, gdzieniegdzie odpryski. Jego maksimum żywotności bez topu wynosi nie więcej niż dwie doby. Z topem - bladego pojęcia nie mam. Ostatnim koszmarem jest zmywanie. Zmywa się strasznie. Chociaż do pryskania jest pierwszy, zleźć z paznokcia nie chce. Tworzy jakąś dziwną warstwę, którą w zmywaczy wręcz trzeba odmaczać. Ale jeśli komuś to nie przeszkadza...
Gdyby nie były w promocji, raczej bym się nie skusiła. Ale jeśli ktoś lubi niecodzienne efekty na paznokciach, to może go wypróbować.

Update:
Podczas zmywania paznokci, przeprowadziłam eksperyment, który podsunęła mi Annathea. Mianowicie pomaziałam ten lakier na paznokciu bez bazy. O-MÓJ-BOŻE. Na efekty nie musiałam czekać nawet 15 minut. Po jakiś pięciu minutach popękał i... odpadł. Po prostu odpadł. I to nie że całym płatem, ale pokruszył się na drobne przy niewielkim kontakcie z odzieżą. A co do samego zmywania... nie wiem kiedy kolejny raz go użyję xD na razie mam traumę xD

piątek, 24 lutego 2012

Sekcja 9.: Essence You Rock!, lipstain 02 Your Pink is On Fire

Niczym wisienka na torcie, w ten piękny piątkowy dzień, a właściwie to już wieczór, swojej sekcji doczekał się mój ulubieniec wśród kolorowych maziaków do ust. Mowa o lipstainie od Essence, z limitowanki You Rock!, która była już dosyć spory kawałek czasu temu, a której niedobitki i pojedyncze zwłoki walają się po mojej Naturze. Dumam nawet nad zakupieniem sobie jeszcze jednej sztuki. Tak w ramach zapasu.


To maleństwo powyżej ma zaledwie 12,4 cm długości i średnicę nieco większą od tradycyjnej kredki do oczu. Ze skuwką. Bardzo kompaktowe, dopasuje się do każdej torebki czy nawet kieszeni spodni. Jego pojemność to co prawda tylko 1,8ml, ale sam kosmetyk jest bardzo wydajny. Cena też niezbyt wygórowana, ja za swój dałam coś około 8zł.


Jestem w posiadaniu odcienia 02 Your Pink is On Fire (szczerze rozwaliło mnie to nawiązanie do Kings of Leon xD). Jest to bardzo ciemny róż pomieszany odrobinkę z fioletem. Czyli tak jak lubię. W przeciwieństwie do swojego vampirkowego brata, powyższy lipstain ma formę markera. Jest to o tyle wygodne rozwiązanie, że mazidło nie ścieka, bardzo równomiernie rozprowadza się na ustach. Markery mają jednak to do siebie, że podobno dosyć szybko wysychają. Mi się to jeszcze nie przydarzyło.


Lipstain ma bardzo miły aromat gumy balonowej. Jak już wcześniej wspominałam, jest bardzo łatwy w użytkowaniu, świetnie się rozprowadza na ustach. W porównaniu do Vampirka, nie podkreśla suchych skórek ani popękań, a przynajmniej nie w takim samym stopniu. Przy nakładaniu trzeba tylko uważać, żeby nie "wyjechać" poza kontur ust. Ciężko wprowadzić jakiekolwiek poprawki.


Nie jest to kolor bardzo intensywny, nie zawiera drobinek. Konsystencja wodnista, nie lepiąca, po pomazianiu dość szybko wysycha. Opcjonalnie można nałożyć po jego użyciu błyszczyk, wazelinę albo jakąś pomadkę ochronną. Nie wysusza ust, nie "scałowuje się" i nie zjada :D Spokojnie wytrzymuje nawet do 4-6 godzin z ewentualnymi drobnymi poprawkami. Nie zbiera się w kącikach ust. W zasadzie to po użyciu w ogóle nie czuć, że cokolwiek mamy na ustach xD


Moje odczucia co do tego małego dziwactwa są jak najbardziej pozytywne. Po kilkunastu użyciach nie znalazłam praktycznie żadnej wady. Uwielbiam jego kolor i efekt jaki daje na ustach. Przydaje się na imprezy czy wyjścia, na których nie mam czasu poprawiać się co kilka minut i sprawdzać , czy mi się coś nie zmazało czy rozmaziało. Mogę z czystym sumieniem go polecić, o ile jeszcze znajdziecie go w swojej drogerii xD.


A teraz z innej beczki!

Chciałabym was zachęcić do brania udziału w konkursie, jaki organizuje Olgida. :D


czwartek, 23 lutego 2012

Sekcja 8.: Avon, Glazewear, Extreme Shine Lip Gloss

Nigdy więcej nie tknę witaminowej kawy, choćbym nie wiem jak padała! Co to w ogóle ma być?! Wrr... Ach, ja nie o tym. Dzisiejszą notkę piszę pod wpływem inspiracji, jaką zapewniła mi Emily. =) Do rzeczy. Pojęcia nie mam, jak przedstawić dzisiejsze zwłoki, gdyż jest to tak naprawdę różdżka z Avonu, składająca się z błyszczyka nieokreślonej maści oraz roletki "Perceive".


Po dłuższej chwili poszukiwań, natrafiłam na jedyny chyba ślad jego bytności na kafeteria.pl. Otóż okazuje się, ze jest to błyszczyk Glazewear Extreme Shine Lip Gloss, aczkolwiek pojęcia nie mam jaki to odcień. Tak więc zabrałam się za poszukiwania jakichkolwiek zdjęć obrazujących dostępne kolory.

Źródło: ebay.com
Jedyną informację, zamieszczoną powyżej w postaci zdjęcia, znalazłam na ebayu. Co prawda wpisałam na zdjęciu Rose Shine, ale bardziej wygląda na Nectar albo Shining Rose. Same zdecydujcie. A może któraś z was go miała?


 Zarówno błyszczyk, jak i roletka mają po 5ml, ale zabijcie, cena tego dziwaka jest dla mnie jedną wielką niewiadomą. Dostałam tą różdżkę od taty jakieś dwa lata temu, kiedy to jeszcze w pobliskim mieście był otwarty sklepik z artykułami avonowymi. Pomimo upływu czasu nie zauważyłam zmiany w jego konsystencji, smaku czy zapachu. Jeśli chodzi o sam błyszczyk, to nie wiem, czy jest on jeszcze w ofercie, zarówno w postaci różdżki, jak i regularnego produktu. Zamieszczam go bardziej jako ciekawostkę ;)


Forma tradycyjna - mała, zakręcana, plastikowa i przezroczysta buteleczka, gąbeczkowy aplikator. Zawartość buteleczki gęsta, lekko glutowata, lepiąca. Co do koloru, wszystko zależy od światła, bowiem to ustrojstwo potrafi zmieniać swój odcień od jasnego różu, po ciemny, "brudny". Jak widać na powyższych zdjęciach, jest przepełniony małymi, złotymi, ale nie nachalnymi drobinkami. Bardzo ładny i ciepły odcień. ;)


Zapach lekko owocowy, smak przyjemny, wyczuwalnie słodki, aczkolwiek nieokreślony xD Błyszczyk po nałożeniu na usta tworzy gładką, lśniącą taflę, przy "przedawkowaniu" lubi bawić się w Lepka-Zlepka, ale wystarczy naprawdę niewielka ilość, by osiągnąć oczekiwany efekt. Lekko koloruje, iskrzy się na wszystkie strony złotem. Nie wędruje po twarzy, trzyma się grzecznie ust i to dosyć długo. Nie lubi być również zjadana, nie zbiera się w kącikach ust.


Oceniam go jako dosyć dobry błyszczyk. Używam go co prawda bardzo sporadycznie, ale jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Osobiście jednak wolę nieco rzadsze. Nie zauważyłam, by jakoś specjalnie odżywiał moje usta, ale również nie pogorszył ich stanu. Jestem na tak ;)

środa, 22 lutego 2012

Prosektorium oTAGowane: 5 kosmetycznych rzeczy, których wcale nie chcę mieć

Niczym Mroczny Znak wystrzelony przez Toma Riddle'a nad Hogwartem, tak w weekend nad moim blogiem zawisł tag wystrzelony przez Kleopatre z kosme-tiki.blogspot.com, za co bardzo serdecznie dziękuję. ;) *udaje powagę, a w rzeczywistości cieszy się jak dziecko* XD

Żeby nie przedłużać, podaję reguły gry.

TAG: 5 kosmetycznych rzeczy, których wcale nie chcę mieć...
Zasady :
* napisz, kto Cie otagował i zamieść zasady TAG'u
* zamieść baner TAG'u i wymień 5 rzeczy z działu kosmetyki (akcesoria, pielęgnacja, przechowywanie, kosmetyki kolorowe, higiena), które Twoim zdaniem są Ci całkowicie zbędne bo: - maja tańsze odpowiedniki - są przereklamowane - amatorkom są niepotrzebne - bo to sposób na niepotrzebne wydatki... ...i krótko wyjaśnij swój wybór
* zaproś do zabawy 5 lub więcej innych blogerek







 1. Palety do makijażu Sephora i inne tego typu ustrojstwa

Źródło: cogdziezaile.pl
Nie, nie i jeszcze raz nie! I nikt mnie nie przekona, że cokolwiek z tej palety byłoby dla mnie przydatne. Dla wizażystek - owszem tak (chociaż biorąc pod uwagę opinie co do jakości kosmetyków w tego typu paletach, nie byłabym taka pewna), ale nie dla takiego zwykłego szaraczka i zjadacza chleba jakim jestem ja. Przede wszystkim największą wadą tego typu kufrów jest brak kompaktowości, a co za tym idzie, niemożność używania ich w warunkach "polowych". Druga sprawa - pomadki i błyszczyki. Ja się pytam... PO CO TYLE TEGO?! O ile cienie jestem w stanie zrozumieć (nawet marzy mi się taka paleta wielobarwnych maleństw) o tyle 70 błyszczyków wątpliwej jakości różniących się od siebie niejednokrotnie o odcień (czego na ustach i tak nie widać), w zupełnie nieporęcznym opakowaniu, jest dla mnie nieporozumieniem. Szczególnie, że wszystkiego zużyć nie damy rady (no chyba że ktoś zwyczajnie siedzi w domu i je zżera), a jak wiadomo, błyszczyki i pomadki szybciej tracą ważność niż cienie. Po co więc wywalać pieniądze w błoto? Dlatego, że paletka ma na sobie piękny napis "Sephora"? Trzy paletki Sleeka, trzy błyszczyki i dobre pędzelki - i Sacz jest wniebowzięta.


2. Kolorówka powyżej 30zł, lakiery powyżej 20zł

Źródło: styl.fm
To jest właśnie moja granica i maksimum tyle jestem w stanie zapłacić za pojedynczy kosmetyk (nie piszę tu o paletach, rzecz jasna). Głupotą dla mnie jest wydawanie fortuny na rzeczy, które i tak po pewnym czasie stracą swoją ważność, albo w błyskawicznym tempie zostaną przez nas użyte. Myślę, że dobry kosmetyk to taki, który jest trwały, wydajny i tani jednocześnie. Jeśli mam płacić za markę, zamiast za jakość, to wolę nie kupować wcale.


3. Tipsy plastikowe i naklejki

Źródło: najlepszekosmetyki.pinger.pl
Tipsy plastikowe/szklane/akrylowe, w przeciwieństwie do dobrze zrobionych żeli, są dla mnie po prostu nieestetyczne. Za grube, często się odklejają i wręcz walą po oczach swą sztucznością. Stanowcze nie. A co do naklejek to Sacz ma zwyczajny uraz. Kiedyś, dawno temu w moje ręce wpadły jakieś naklejki bliżej niesprecyzowanej firmy. Ani się tego nie udało dobrze dopasować, ani równo nakleić, ani to nie było trwałe ani ładne. Dno, wodorosty i 7 metrów mułu.


4. Pędzle, gąbeczki i jajeczka do podkładu

Źródło: ladymakeup.pl

Nie, to nie tak, że nigdy bym nie kupiła, albo że je neguję. Być może się sprawdzają, być może są nawet lepsiejsze, jednak ja jakoś wolę podkład nakładać tradycyjnie - paluszkami. xD Zawsze mam wrażenie, że pędzlem nie udałoby mi sie równomiernie podkładu rozprowadzić, albo by zostały jakieś smugi. Ale może nadejdzie ten piękny dzień, kiedy zakupię swój pierwszy pędzel podkładowy xD Co do gąbeczek i jajeczek - raczej nie. Wiele o tym czytałam, i sądzę, że w moim przypadku by się nie sprawdziły. Zbyt czasochłonne xD


5. Nietrafione zapachy


Źródło: buyornot.pinger.pl
Nie znoszę dostawać zapachowych prezentów. Wszelkiego rodzaju wody toaletowe, mgiełki, roletki, spraye i inne gady to w wielu przypadkach nieudane niespodziewajki i strata pieniędzy ze strony obdarowującego. Szczególnie, jeśli ktoś kupuje zapachy "pod siebie", nie koniecznie biorąc mój gust pod uwagę. Na przykład w przypadku zapachów od Pana W., nie mogę liczyć na nic innego niż zapachy świeże i kwiatowe, których nie znoszę, bądź też toleruję w niewielkim stopniu. Ja natomiast kocham wszystko co orientalne, cytrusowe, drzewne i tytoniowe. W takim przypadku albo wydaje prezent dalej, np. mojej mamie albo znajomej, albo biedak stoi na półce i się kurzy nieużywany.


Myślę, że byłoby tego więcej, ale raz że miało być tylko 5, a dwa nie mam czasu dłużej nad tym myśleć. Kolokwium wzywa... Pojęcia nie mam, kto już na ten tag odpowiadał, a kto nie, więc będę strzelać xD
Tak więc tag przekazuję dalej do:

Oraz tych, którzy mają chęć się wypowiedzieć na temat powyższy xD Miłej zabawy xD

wtorek, 21 lutego 2012

Sekcja 7.: L'Oreal Blush Minerals, 40 Soft Rose

Padająca z niewyspania i zmęczenia, pokrzepiona programami Kabaretu Potem, dwiema filiżankami kawy z mlekiem i hot-dogiem własnej roboty, zabieram się do kolejnej sekcji, tym razem różu, jak zapewnia producent, mineralnego.


L'Oreal Blush Minerals to róż składający się, według producenta, z 95% minerałów. Zamknięty w małym opakowaniu w kształcie klepsydry (niestety dosyć nietrwałym), z pędzelkiem. Pojęcia nie mam, jaka jest jego cena sklepowa, gdyż zakupiłam go od znajomej, która ma dostęp do kosmetyków L'oreala, już jakieś dwa lata temu xD 15zł za 10 gram kosmetyku to nie jest wygórowana cena.


 Swoją sekcję zacznę od opakowania. Jak już wyżej wspomniałam, jest z niezbyt trwałego plastiku. Ja naprawdę nie rzucam kosmetykami o ścianę, przysięgam! Po prostu pewnego dnia wyjęłam go z kosmetyczki, a tam na wieczku... trach! Niedługo potem destrukcji uległa ścianka pojemniczka, w którym znajduje się kosmetyk, przez co teraz mogę go użytkować jedynie w warunkach domowych, gdyż po każdorazowej wizycie w kosmetyczce zwyczajnie wszystko mam utytłane w kolorowym pudrze.
Zupełnym nieporozumieniem jest moim zdaniem pędzelek, który w ogóle nie jest pędzelkiem do różu, od tego zacznijmy.  Według mnie, jest też dosyć sztywny, a ja nie lubię nachalnego drapania po twarzy. Kolejną jego wadą jest to, że zamykając go, włosie po boku zwyczajnie się przytrzaskuje i paczy xD Tj. rozłazi na boki. Ale jeśli ktoś nie ma pędzelka do różu, to lepsze to niż nic. Ja osobiście używam go bardzo rzadko, najczęściej w warunkach polowych.


Pozbywając się pędzelka, docieramy do kosmetyku właściwego, od którego oddziela nas tylko bardzo przydatne siteczko, które reguluje ilość nabieranego różu. Niestety, nosząc go w kosmetyczce, pyłek przesypuje się tak bardzo, że trzeba uważać przy otwieraniu, by przypadkiem różu nie wysypać i się nim nie ufaflunić.


Sam róż jest bardzo pudrowy i drobinkowy, aczkolwiek nie jest to nachalny brokat, zaś po nałożeniu nie świeci się jak latarnia morska. Z tego co zauważyłam, ma również satynowe wykończenie, lekko rozświetla skórę. Bardzo mi się to podobuje ;)


Od razu pragnę przeprosić za jakość zdjęć. Albo to ja wykończę ten przeklęty aparat, albo on mnie. W każdym razie poszukiwania nowego trwają, a to co najważniejsze, na zdjęciu jest widoczne.
Wracając do tematu, posiadam odcień 40 Soft Rose. Nie jest to typowy różowy róż, bardziej delikatna cegiełka, wpadająca w czerwień czy rudy. Przy umiejętnym nałożeniu możemy otrzymać efekt od bardzo subtelnego, ledwie zauważalnego, po wyrazisty, a jednocześnie nie tandetny i teatralny. Pod tym względem to mój faworyt ;)


Podsumowując, jest to jeden z moich ulubionych róży - subtelny, nie nachalny i przede wszystkim o pięknym odcieniu ;) Nie zatyka porów, nie trzeba dużo pracy i czasu by nałożyć go równomiernie i nie zrobić sobie przy tym krzywdy. Jest to również kosmetyk cholernie wydajny! używam go dosyć często, a nie zużyłam nawet 1/4 tego co było na początku. Ma niestety pewne wady. Po pierwsze - opakowanie, które bardzo łatwo się uszkadza. Po drugie - pędzelek, który jest totalną pomyłką. No i po trzecie i najważniejsze - TRWAŁOŚĆ! Pojęcia nie mam, jak można mu przedłużyć żywot. Niestety, bardzo szybko schodzi z twarzy, nie wytrzymał mi dłużej, niż 4 godziny O.o. Nie powiem, być może dlatego, ze dosyć często zdarza mi się dotykać twarzy dłońmi np. podpierając się (wiem, nie powinnam! T.T). W każdym razie mogę go polecić, szczególnie tym, którzy z różami chcą dopiero zacząć swoją przygodę. ;)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Sekcja 6.: Essence, Eyeshadow Duo 03 All time favorite

Witam po weekendzie. Mam nadzieję, że wszyscy zdrowi, zwarci, gotowi i bez kaca. Wielkimi krokami, niczym wiszące nad błogim końcem tygodnia fatum, nadszedł poniedziałek. Ponury, szary poniedziałek, a wraz z nim kolejna sekcja zwłok, jakimi są podwójne cienie Essence. Do tej pory miałam o tej marce absolutnie pozytywne zdanie, niestety, rozczarowanie nadeszło szybko, boleśnie i znienacka. Zupełnie jak poniedziałek.



Od początku nam się nie układało. Co prawda nasze pierwsze poznanie było dosyć miłe, gdyż Sacz otrzymała powyższe ustrojstwo jako gratis do swoich essence'owych zakupów, jednakże było to jedno z nielicznych dobrych wrażeń, jakie na mnie wywołało. Potem było praktycznie tylko gorzej. Opakowanie pozostawało dla mnie totalną niewiadomą. Przymroczona 15-stopniowym mrozem, w oczekiwaniu na spóźniony pociąg, 20 minut siłowałam się z pudełeczkiem, które za grzybka nie chciało ukazać mi swojego wnętrza. Odbyły się próby wszelkiego podważania, z lewej, z prawej, od przodu i od tyłu. Zero współpracy. W końcu, w akcie desperacji Sacz spróbowała owe pudełeczko pogłaskać. Zadziałało. Paradoksalnie, wystarczyło wieczko delikatnie przesunąć, by otworzyło się i za chwilę zupełnie odpadło. Nosz cholera.


Dotarłszy do domu, Sacz zabrała się za pierwsze testy. Posiadając już powyższego skilla, otworzyła pudełeczko, nałożyła na ślepka bazę, pogmerała pędzelkiem w jasnym cieniu i... Klops. Może tu przerwijmy opowieść, gdyż ciąg dalszy mógłby być niecenzuralny i gorszący co wrażliwszych. Przejdźmy do kwestii technicznej. Dwa cienie wielkości piątaka, 4,5 grama za 10zł według Wizażu. Na Allegro to produkt nieznany. Cholernie się cieszę, że nie dałam za nie nawet grosza. Cienie, które otrzymałam, to w pojemniczku: piękne, stare złoto i równie piękna wanilia bądź szampan, oba drobinkowe do bólu. Przy pierwszym zmacaniu palcem miękie, lekko kremowe, średnio napigmentowane. Rozczarowanie nadciąga później.

Avon, ColorTrend Great Lengths
Essence, Eyeshadow Duo, 03 All time favorite
Essence, Kajal Pencil 01 Black
Essence, I Love Stage, Eyeshadow Base
 


Przy kontakcie z pędzelkiem - totalne nieporozumienie. Powyższy mejk wykonałam najzwyklejszym, gąbeczkowym aplikatorem. Dlaczego? Otóż cień przy ingerencji pędzelka osypuje się, kruszy, a na powiece jest praktycznie niewidoczny. Jego trwałość też pozostawia wiele do życzenia. Co prawda na bazie kolor trzyma się dosyć długo, to mniej więcej między 6 a 8 godziną noszenia ich na powiekach, zaczynają się wędrówki po twarzy. Nie wiem, czy ten cień ma stwierdzone ADHD, czy nie, to jednak znajdywanie drobinek w okolicach ust, nosa czy brody zaliczam jako przegięcie. Co więcej, zauważyłam, iż cienie mają niejednolitą konsystencję. Ścierając wierzchnią warstwę, natrafiłam na dosyć twarde grudki wielkości główki od szpilki (widać je nawet na zdjęciu nr. 2), utrudniające nieznacznie nabieranie i tak tępego cienia.
Niewątpliwym plusem powyższego cosia są kolory, które sprawdzają się doskonale w roli makijażu dziennego. Delikatne, słabo widoczne, na pewno znajdą swoich zwolenników. Ja jednak wolę cienie bardziej napigmentowane, których moc mogę dowolnie regulować pędzelkiem. Jako gratis - jestem na tak, w końcu dwa cienie piechotą nie chodzą (chociaż po tych wędrówkach po mojej twarzy gotowa jestem podjąć polemikę), a kolory są na tyle neutralne, ze można je z powodzeniem łączyć z innymi; jako pełnowartościowy produkt - strata pieniędzy, za tą cenę można dostać poczwórne cienie Sensique Glamour Palette w bardzo zbliżonych odcieniach (110), o wiele lepiej napigmentowanych, trwalszych i lepszych w aplikacji, bądź też dołożyć dwie dyszki i być szczęśliwym posiadaczem 12 pięknych, dobrej jakości cieni, z których składa się paletka Sleek Au Naturel. Ostatecznie jednak decyzja należy do Was. Ja tylko lojalnie ostrzegam. xD

piątek, 17 lutego 2012

Sekcja 5.: Avon, Nawilżający mus do ciała "Czerwona róża i brzoskwinia"

Boże, co za dzień. Szkoła, odwiedziny, wspomnienia i odnawianie znajomości :D Notki miało nie być, ale jest. I kij że spóźniona - i tak nie czekałyście ;) Tak więc dziś na stół trafia... tam tara dam! Mus Avonu, który właśnie dziś wykończyłam do reszty ;)


Nie powiem, niezadowolona nie jestem. Mus zapakowany w bardzo estetyczny biały pojemniczek o pojemności 200ml. Cena waha się od 9zł do 11zł, zależnie od katalogu. W przeciwieństwie do Farmony, nie jest zapieczętowany sreberkiem. Po odkręceniu wieczka, uderza nas mocno różany, nieco sztuczny, ale przyjemny zapach. Gdzieś tam w tle na siłę można odnaleźć zagubioną brzoskwinię. Mi się podoba (miałam mgiełkę do ciała o tym samym zapachu x3).


Mus ma lekko różowy kolor i niezbyt zbitą, kremową konsystencję, przypominającą nieco bitą śmietanę. Nakłada się bez większych oporów, nie trzeba go długo wsmarowywać, szybko się wchłania. Pozostawia skórę miękką, gładką, nawilżoną i pachnącą. Niestety, zapach nie utrzymuje się zbyt długo, po jakiejś godzinie zanika zupełnie.


Ciekawostką jest, iż mus ma satynowe, bezdrobinkowe wykończenie. Po wchłonięciu się, pozostawia na skórze delikatną poświatę. nie przeszkadza to w niczym, ani specjalnie nie rzuca się w oczy. Ot, taki bajer. W tym kremiku przeszkadza mi jedynie to, że zostawia po sobie dziwną, niby woskową powłoczkę na skórze. Być może miało to służyć uzyskaniu efektu nawilżenia, niestety ja nie znoszę, jak mi się coś mazia po dłoniach wtedy, kiedy nie powinno. Myślę, że mus zasługuje na mocną czwóreczkę. Ma sporo zalet, ale za tą cenę, w drogeriach jesteśmy w stanie dostać o wiele lepsze produkty. Jednak kiedy mamy okazję upolowania go na jakiejś promocji, śmiało polecam zamówić i przetestować na własnej skórze ;) Tymczasem ja się żegnam i idę spać, bo padam na twarz. Do poniedziałku ;)


Mały update:
Zapraszam na konkurs do Atiny :) Link tutaj.


czwartek, 16 lutego 2012

Kostnica: nowa dostawa

No i stało się. Sacz zachęcona przedwczesnym opuszczeniem terenu piekielnej placówki szkolnictwa, udała się wczoraj na rynek w celu przeprowadzenia najazdu na dwie najbliżej położone świątynie kosmetyczne: Naturę i Rossmanna. Zachęcona licznymi nowinkami o promocjach i okazjach, już wcześniej zrobiła sobie listę ofiar, które zamierzała ściągnąć do swojej kostnicy.




 Niestety, nie wszystkie ofiary zastała na miejscu. Nie było miedzy innymi Diamentowej odżywki do paznokci Eveline, ani pomadek ochronnych Sensique. Na szczęście Sacz szybko odnalazła się w zaistniałej sytuacji i już po godzinie wracała ze swym łupem na dworzec tak szczęśliwa, jak tylko pozwalała jej na to panująca dookoła śnieżyca.


W Rossmannie, po przejrzeniu wszystkich kosmetyków pielęgnacyjnych, kąpielowych, użytkowych i tych zarąbistych gablotek z różnego kalibru żelastwem zwanym biżurem, Sacz dotarła w końcu do kolorówki. Kalkulując po cichu, doszła do wniosku, że skoro nie ma odżywki, to może zaszaleć. I tak oto w magicznym czerwonym koszyczku, znalazły się trzy z czterech Krokodylków Wibo: (od prawej) 02 Get Funky Tonight; 03 Sugar Sweet (który był niestety bez tej bajeranckiej metki, ale i tak go przygarnęłam xD); 04 Mystery Girl. Niestety tylko trzy, gdyż odcień 01 Be Sexy Tonight wyszedł i aktualnie nie wiadomo kiedy i czy w ogóle wróci. Polowanie nadal trwa.


Zbliżając się powoli do kasy, Sacz, zamiast wybrać tradycyjną, prostą drogę, jak zwykle musiała zabłądzić w alejkach i znalazła się całkiem przypadkiem (!) koło gablotki Pachnącej Szafy. I tam uwagę jej przykuły trzy nowe (nowe dla mnie, nie koniecznie nowe na rynku xD) torebeczki zapachowe z serii "Podróże z zapachem". A jako, że nic co orientalne i korzenne nie jest mi obce, bez wahania wrzuciłam Orient Express do koszyczka. Teraz bedzie mi pachnił moją szafę i może przy okazji nieco ubranka ;) W najbliższej przyszłości planuję również zakup świeczki zapachowej o tym samym zapachu. O-BŁĘD-NY!


W Naturze było już szybko i z górki, jako że nie znoszę tamtejszej obsługi, która patrzy mi się na ręce i stoi nade mną jak kat nad ofiarą. To ja tu jestem katem. Amen. Omijając wszelkie pachnidła pognałam do kolorówki (z ciężkim sercem mijając promocyjne ceny cieni i pigmentów Kobo T.T) i wzięłam to, co w tej chwili było mi najbardziej potrzebne. Mowa o kredce, czarnej, gdyż moja obecna ma się na wykończeniu, oraz o bazie. Wybór padł na Essence (gdyż niestety moją wymarzoną bazę Hean dostać u nas nie sposób). Wyglądała najestetyczniej i była moim zdaniem najlepsza pod względem konsystencji. Do tej pory nie używałam tego cuda, jednakże zmuszona jestem przetestować pewne cienie-podrzutki firmy krzak, a niestety one same powieki trzymać się nie chcą. Zobaczymy, czy Essence i tym razem zdziała cuda. Dodatkowo przy kasie czekał na mnie miły upominek w postaci jednego z produktów, do wyboru pomadki, błyszczyki, eyelinery i cienie, które przygarnęłam i które możecie podziwiać powyżej. Zobaczymy jak się spiszą.


A żeby było miło, udało mi się jeszcze pod koniec upolować lakier Sensique Exotic Flower 242 po nieco obniżonej cenie ;)


No to chyba stało się jasne, jakich recenzji możecie sie spodziewać w najbliższym czasie xD