poniedziałek, 27 lutego 2012

Sekcja 10.: Wibo Crocodile Skin 04 Mystery Girl

Nastał kolejny poniedziałek, bury i ponury z niewielkimi przebłyskami wczesnowiosennego słońca. Coś przerażającego. Teoretycznie już od godziny powinnam siedzieć w Domu Kultury i usypiać na jakiejś "sztuce" z Andrzejem Sewerynem. Tymczasem siedzę przed laptopem, przeprowadzam sekcję zwłok średniej jakości lakier do paznokci, zbieram się mentalnie do przeczytania "Przedwiośnia" i opycham się kiwi. Lubicie kiwi?
Do rzeczy. Jako że do tej pory nie zamieściłam jeszcze wyników sekcji żadnego lakierstwa, dziś pod skalpel idzie Krokodylek Wibo, który zakupiłam jakieś... parę notek temu. Tak na dobry początek tygodnia.


A oto i dzisiejszy trup. Krokodylek w wersji buraczkowej, bądź też ciemno-czerwonej. Cudowna buteleczka, taki pękaty, oszroniony cosiek, z ładnie wyprofilowaną nakręteczką i obowiązkowo "metką" ze wskazówkami i sposobem aplikacji, mieszcząca 9,5ml za 10zł według Wizażu, jakieś 7,50zł według Rossmanna, ja zaś nabyłam go za jakieś 4,50zł na promocji.


Jako, że jest to pękacz, należy go aplikować na lakier bazowy. I tu niespodzianka - Krokodyl nie z każdym lakierem się przyjaźni. Nie wiem dlaczego, ale warczy na drobinkowe (nie to, że nie pęka - pęka, ale słabo, drobno, niekrokodylowo), podobno tworzy doskonały związek z matowymi Wibo, ja jednak przeglądając oferowane odcienie matów, doszłam do wniosku, że żaden dla Buraczka nie byłby odpowiedni. Dlatego też zestawiłam go z jego kuzynem, Wibo Express Growth 25, czystą, kremową bielą. Zadziałało! Dwie warstwy białego, jedna, gruba buraczka i voila!


Otrzymałam coś takiego, jak powyżej. Pęka inaczej niż zwykły pękacz. Jego faktura rzeczywiście po wyschnięciu przypomina skórę krokodylka, i tu również ciekawostka - pęka dopiero przy zaschnięciu. Jest to o tyle wygodne, ze wiemy od razu, iż lakier zaschnął na amen i nie odbije nam się na nim jakaś kołderka albo podusia. Od razu przepraszam za pomaziane gdzieniegdzie skórki - malowanie paznokci po północy wcale nie jest dobre.
A teraz kilka spraw technicznych. Lakier ma całkiem wygodny pędzelek, bardzo rzadką, wręcz wodnistą konsystencję, co ułatwia i znacznie przyspiesza wysychanie, niestety ma też swój minus. Mianowicie, nakładając grubszą warstwę lakieru, należy pilnować, czy aby mały partyzant gdzieś nie spierdziela na skórki, albo nie skapuje, nie zbiera się taką grubą gulką na końcówkach. A mi się niestety to zdarza.


Kolejną zaletą Krokodylka jest to, że nie jest śmierdziuchem. W ogóle. Znaczy, nie pachnie jak normalny lakier z krwi i kości. O.o Dla mnie pachnie on identycznie jak lakiery crackle do decoupage'u, czyli całkiem przyjemnie. Ale kto co woli.
Niestety nie jest to lakier-marzenie. Nieprzyjemne wrażenia zaczynają się tuż po odkręceniu nakrętki, mianowicie Krokodylek lubi się umiejscowić między nakręteczką a tą szyjką buteleczkową, następnie tam zaschnąć, by potem przy odkręcaniu nieestetycznie się pokruszyć i - jak ktoś ma wyjątkowego pecha - wkruszyć się do buteleczki. O rozpływaniu i dezerterce już pisałam.


Kolejnym i chyba największym jego błędem jest nietrzymanie się paznokcia. Jak to wygląda? Tuż po pomalowaniu potrafi się odkruszyć, odprysnąć, co możecie zaobserwować na zdjęciu numer 4. Na zdjęciu numer 5 natomiast siedzi sobie Krokodylek po jakichś 14 godzinach od pomalowania. Starte końcówki, gdzieniegdzie odpryski. Jego maksimum żywotności bez topu wynosi nie więcej niż dwie doby. Z topem - bladego pojęcia nie mam. Ostatnim koszmarem jest zmywanie. Zmywa się strasznie. Chociaż do pryskania jest pierwszy, zleźć z paznokcia nie chce. Tworzy jakąś dziwną warstwę, którą w zmywaczy wręcz trzeba odmaczać. Ale jeśli komuś to nie przeszkadza...
Gdyby nie były w promocji, raczej bym się nie skusiła. Ale jeśli ktoś lubi niecodzienne efekty na paznokciach, to może go wypróbować.

Update:
Podczas zmywania paznokci, przeprowadziłam eksperyment, który podsunęła mi Annathea. Mianowicie pomaziałam ten lakier na paznokciu bez bazy. O-MÓJ-BOŻE. Na efekty nie musiałam czekać nawet 15 minut. Po jakiś pięciu minutach popękał i... odpadł. Po prostu odpadł. I to nie że całym płatem, ale pokruszył się na drobne przy niewielkim kontakcie z odzieżą. A co do samego zmywania... nie wiem kiedy kolejny raz go użyję xD na razie mam traumę xD

9 komentarzy:

  1. Pękacze jakoś od początku mnie nie emocjonowały, ale jakbym musiała wybierać, ten daje najładniejszy efekt (:

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię efekt tego pękacza.
    Otagowałam Cię :) http://as-a-hatter.blogspot.com/2012/02/tag-nigdy-nie-wychodze-z-domu-bez.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znoszę pękaczy, ale tylko u siebie - u kogoś mi się podobają :/

    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja mam do niego ciemnoszary mat z Wibo i jakoś działam. To jedyny pękacz, którego efekt mi się podoba.

    A próbowałaś go nakładać solo? Schodzi z paznokcia po kwadransie, ale ma ciekawą "konsystencję"- tak się podzielę eksperymentem szalonego naukowca.

    OdpowiedzUsuń
  5. uuu ładnie wygląda ;) chyba w końcu wypróbuje pękacze

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajniutki ten krokodylek :) I super pomysł na blog :) Będę częściej zaglądac.

    OdpowiedzUsuń
  7. kurde, też mam krokodyla, tylko tego krwiście czerwonego. i skubany w ogóle nie chciał mi pękać. jestem oburzona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może to wina lakieru bazowego? Mój strasznie opornie pękał na wszelkich drobinkowych. Lepiej tez trzaska na 2 warstwach niż na jednej. xD

      Usuń
  8. Ogladalam tego krokodyla u Kataliny i bardzo mi sie spodobal, na tyle ze upolowalam Croc'a z BarryM, co prawda czern ale bardzo mi sie podoba:)
    Efekt mi sie podoba ale wsplopracuje tylko z kremowymi lakierami.Ale i tak warto!

    OdpowiedzUsuń