piątek, 30 marca 2012

Sekcja 29.: BeBeauty Spa, Wygładzające masło do ciała z ekstraktem z bawełny, Azja

Ach jak cudownie! Nadszedł piątek, przez całe 4 dni oczekiwany dzień. Mimo iż weekend będzie cholernie pracowity, to jednak postaram się wypocząć ;) Pytanie, co dziś? Dziergadło, książka czy Leauge of Legends? xD

Jedyne co wiem na chwile obecną, to że dziś nadszedł czas na wyczekiwaną przez Was sekcję masełka z Biedry. ;)


Historię jego nabycia opisywałam już dwie notki temu. Jego cena jest mega powalająca, bo tylko 4,90zł za opakowanie 200ml. Dostępne jest w 3 zapachach - Azja, Afryka i Brazylia. Obecnie jestem w posiadaniu 4 pudełeczek, po dwa Azji i Afryki i chciałabym więcej i więcej, jednak zdrowy rozsądek na to mi nie pozwala. xD


 Oto i skład wraz z zapewnieniami producenta. Jak widzimy, masełko ma nawilżać, odżywiać i wygładzać, a także relaksować i odprężać. Jak jest w rzeczywistości? Otóż praktycznie wszystko się zgadza. Może oprócz odżywiania, którego jakoś nie zauważyłam. Skóra po użyciu jest miękka, gładka i delikatna. Bardzo szybko się wchłania, a dzięki swojej konsystencji jest również bardzo wydajne.


 Masełko BeBeauty w wariancie Azja ma piękny, różowy kolor, który przywodzi na myśl jogurt truskawkowy typu Gratka xD W sumie jest również podobne konsystencją. O wiele bardziej miękkie, niż masło-krem Farmony, dzięki czemu łatwo się aplikuje i dobrze wciera. Nie ma żadnych drobinek, ot gładka masa. Już niewielka ilość tego różowiastego mazidełka wystarczy do pokrycia dość sporej partii ciała.


Zapach jest bajeczny! Niby ma pachnieć kwiatem lotosu. I powiem, że coś w tym jest, choć ja tu czuję coś bardziej owocowego, jakby pomieszanego z zielonym jabłuszkiem. Lekko słodkawy i bardzo intensywny. Pozostaje na skórze dość długo, jednak nie jest mdlący ani przyprawiający o irytację. Idealny na dzień. Komponuje się również z psikanymi zapachami owocowo-kwiatowymi.


 Masło do ciała BeBeauty Azja to pozycja, do której z pewnością wrócę, o ile będzie jeszcze w ofercie Biedronki. Jest to całkiem dobry produkt o bardzo przystępnej cenie, bo w zasadzie za grosze. Uwielbiam jego zapach x3 Jego dostępność to kolejny plus, który skłania do zakupu. Polecam wam w 100%!

czwartek, 29 marca 2012

Sekcja 28.: Lovely, Natural Lip Balm, Aloe vera and mentol

No zabije! JAK można wciskać ludziom urządzenia, które się same rozkonfigurowywują?! =.=' 50zł za router, który rwie połączenia i sam zmienia sobie konfiguracje?! A niech was szlag trafi TP i krew nagła zaleje! =x

Wrrr... Tak, Sacz ponarzekała, poklęła, więc teraz może przejść do sekcji, która z racji padniętego netu się opóźniła. Miały być masełka, ale deszcz zalał "plan zdjęciowy", dlatego też dziś będzie o mej małej-wielkiej miłości, której zdjęcia zrobiłam nieco wcześniej.


Mowa oczywiście o Balsamie do ust Lovely, który już przy pierwszej aplikacji podbił moje serce. Posiadam wersję mentolowo-aloesową, jednak na dzień dzisiejszy wiem, że w najbliższym czasie zaopatrzę się w oridżinal, czyli mentolowo-kamforową, oraz Anti Age. To, co mnie w nim urzekło to po pierwsze cena i pojemność ;) Uwierzycie, że to cudeńko kosztuje tylko niecałe 5zł? Co więcej, jest go dość dużo, bo aż 10g. Dla mnie bomba ;)


Oto i skład produktu, z dodatkowym wyjaśnieniem producenta. Wygląda całkiem naturalnie i zachęcająco, prawda? Niestety jest jedno "ale" i ma piętno malutkiej gwiazdeczki z napisem "zawiera Oxybenzone". A cóż to za twór nieludzki? Otóż jest to, jak się doczytałam, dosyć kontrowersyjny filtr absorbujący promienie UV. Cóż w tym złego? Ano podobno jest to chemiczna substancja aktywna hormonalnie i w skrajnych przypadkach drażniąca i fotouczulająca. Pojęcia nie mam na ile jest w tym prawdy, a nie jestem jeszcze takim świrem paranoikiem, żeby eliminować kosmetyk ze względu na ten czy inny składnik. Cholera, na coś i tak się umrze. Zamieszczam jednak powyższą wzmiankę w celach edukacyjno informacyjnych.


A oto i kolejny powód, dla którego zaopatrzyłam się w ten balsamik. Bajeranckie, metalowe pudełeczko w stylu retro, o średnicy niecałych 3cm, idealne do kieszeni, małej torebki, cholernie niehigieniczne i wręcz zachęcające do dziubdziania w nim paluchem xD A dziubdzia się wygodnie nawet właścicielkom długich paznokci. Jedyne, co mi się w nim nie podoba, to zamknięcie. Czytałam, że niektóre z Was mają problem z jego otwarciem. Mi niestety trafiła się sztuka, która zamyka się "zbyt luźno" i niestety jeśli się nie pokmini, wieczko czasem wybiera się samo na wędrówki po kieszeni, pozostawiając wnętrzności na pastwę losu.


A wnętrzności ma cudowne. Balsam to lekko żółta masa, konsystencją przypominająca wazelinę. O ile wierzchnia "warstwa" była dosyć twarda i tępa, o tyle pod nią jest nieco lepiej. Im dalej tym bardziej miękko. xD Na palec aplikuje się dokładnie tyle, ile potrzeba - nie za dużo i nie za mało. Na ustach tworzy jakby drugą skórę, przy czym jest bardzo elastyczny, i nie nadaje uczucia "ciężkości". Tuż po nałożeniu przez jakieś 5 minut wyczuwalne jest lekkie mrowienie i "znieczulenie" ust, co dla mnie jest olbrzymią zaletą. Nie zjada się natychmiastowo, jednak po ok. godzinie lubi się "zbijać" na ustach, jeśli nałoży się go za dużo.


Na ustach jest zupełnie przezroczysty, nadaje im delikatnego "matowego połysku" - nie świecą się jak psie pisanki na Wielkanoc jak po błyszczykach, ale też nie są typowo matowe i tępe. Nie zawiera drobinek.
Zapach to jedna z rzeczy, które kocham w nim najbardziej i co dziwne, każdemu pachnie inaczej. Dla mnie ma on zapach takiego naturalnego, świeżo zerwanego z ogródka rumianku połączonego z mentolem, innym pachnie jak jabłuszko, karmel a nawet szisza. O.o To się nazywa rozrzut, prawda? xD Co jest również zaletą, nie pozostawia dziwnego posmaku na ustach - smakuje tak, jak pachnie. xD

Jestem tym maleństwem totalnie zauroczona. Jak to mówią - mała rzecz, a cieszy xD Można go dostać wszędzie tam, gdzie kosmetyki Lovely - w moim przypadku był to Rossmann, jednak wiem, że nie w każdym są. Trzeba szukać tam, gdzie Carmexy i pomadki Nivea i Bebe. Polecam z czystym sercem, jako tańszą carmexową alternatywę ;D

środa, 28 marca 2012

Kostnica: Nowa dostawa

Dziś będzie krótka notka o tym, na co ostatnio Sacz wywaliła swe cenne dolary i ojro, oraz co dostała godnego uwagi. Czyli w telegraficznym skrócie: czego możecie się spodziewać w najbliższym czasie.


Zakupy skromne, aczkolwiek zadowalające. W sumie to dziwię się, że nie dodałam relacji z moich poprzednich zakupów kolorówkowych. O.o Musiało mi umknąć. Ale trudno, jedziemy na bierząco :D W moje łapka w ostatnim tygodniu trafiły te oto cuda, z wszystkich, bez wyjątku, jestem bardzo zadowolona. ;)


Na samym początku pochwalę się zestawem Joanny, który wygrałam w konkursie u Pepper. Paczuszka przyszła dziś, także gdy wróciłam z Otchłani Piekielnej (czyt. szkoły), już czekała na mnie zaciekawiona rodzinka zgromadzona wokół paczuchy. Trudno mi cokolwiek o nich powiedzieć, jednakże na dzień dzisiejszy mogę stwierdzić, iż zapach mają obłędny <3 Słodki, miodowy. Po prostu piękny!


Miodu ciąg dalszy. Po bardzo pozytywnych wrażeniach związanych z kremikiem do twarzy, przyszedł czas na wypróbowanie musu. A że moje poprzednie wrażenia związane z musami do ciała Avon były niezbyt ciekawe (chemiczno-smrodkowa Wanilia), podchodziłam do niego jak pies do jeża. Jednakże dzięki Gosi, miał przyjemność umilić mi dzisiejszy poranek ;) Więcej o nim napiszę za jakiś czas, gdy wykończę waniliowego smrodziucha.


Przyznam, ze do tej pory miałam niewielkie doświadczenia z kosmetykami z Biedry. Zazwyczaj kończyło się na mydłach czy płynach do kąpieli. Jednakże podczas mojej ostatniej wizyty w Biedronce w ręce wpadły mi te oto masła w cenie, która wręcz biła po moich oczach łakomych na wszelkie promocje. 4,90zł za 200ml! No kto by się nie skusił?! Wcześniej miałam przyjemność spotykać się z nimi przelotnie podczas przeglądania blogów kosmetycznych, więc nie wahałam się ani chwili. Wzięłam jedną Azję, z mojego zamiłowania do Japonii, oraz jedną Afrykę, gdyż czytałam, że ma piękny zapach. Nie spodziewałam się szału, jednakże to, co spotkało mnie w samochodzie po ich otworzeniu (jasne, ze nie wytrzymałam, aż dotrę do domu - kto by się powstrzymał?! xD) przeszło me oczekiwania. Przepadłam. Zapach, konsystencja, zachowanie na skórze... x3 Następnego dnia Tatko wyruszył do Biedry z rozpiską - kolejne dwa opakowania znalazły się w moich łapkach <3 Ach! już nie mogę się doczekać ich sekcji, żeby wam na ochać i achać xD


No i oczywiście Sacz nie byłaby sobą, gdyby nie przytachała do domu choć odrobiny kolorówki. Tym razem padło na lakiery Wibo, Sensique i Lovely. Wszystkie są już przetestowane, czekają tylko na swoją kolej do sekcji ;) A to maleństwo w uroczej puszeczce to nic innego jak balsam ochronny od Lovely, w którym zakochałam się od pierwszego pomaziania <3  i na rzecz którego zakup Carmexu znów się opóźni XD

Który z tych truposzy chcecie zobaczyć na stole sekcyjnym jako pierwszy? <3

wtorek, 27 marca 2012

Sekcja 27.: Avon Naturals, Miód i mleko, Odżywczy krem do twarzy

Ja się grzecznie pytam: GDZIE do grzybka jest WIOSNA?! Nie dość, że rano zmarzłam na stacji, to jeszcze teraz wiatr wieje jak głupi. Mam od groma pracy, nie chce mi się totalnie nic. Spać.

Cierpię na totalny brak czasu, dlatego też dziś będzie szybko. Tak jak obiecałam, w tym tygodniu będziecie miały sporo pielęgnacyjnych denatów. Zapraszam więc na sekcję Odżywczego kremu do twarzy od Avon!


Zazwyczaj mam tak, że zamawiam kosmetyki w ciemno. Jako, że linię Naturals w większości uwielbiam (te zapachy... <3), a miałam trochę wolnych funduszy tudzież dałam się ponieść mojemu zakupoholizmowi, zdecydowałam się zakupić kremik. A że w takich przypadkach wyboru dokonać nie potrafię, zrobiłam sobie wyliczankę i padło właśnie na ten miodek z mleczkiem. Wcześniej nie miałam nic o tym zapachu, dlatego też byłam niezwykle ciekawa. I tak oto w moje łapki wpadł powyższy kremik, za chyba jakieś 7zł  za 125 ml. Jest to niewiele, gdyż jego cena katalogowa w skrajnych przypadkach skacze nawet do 14zł.


Z tego co zdążyłam się zorientować, to na Allegrze możemy już dostać całe zestawy Miód i mleko w bardzo korzystnych cenach, czasem nawet bardziej opłacalnych niż w katalogu. Balsamy, kremy, żele, mgiełki i inne popierdółki. Powyższy kremik możemy zakupić nawet od 4zł (żeby jednak się opłacało, trzeba zamówić kilka rzeczy).


Cóż ja mogę o nim powiedzieć? Ano na pewno to, że podoba mi się jego zapach. Delikatny, przyjemny, chemiczny miodek. Z czymś takim mlecznym xD Nie można powiedzieć, że jest mdły. Niestety (jak dla mnie), jego natężenie maleje już po kilku minutach od aplikacji, a zanika całkowicie po około godzinie. Co bardzo ważne dla mnie, nie zmienia swojego zapachu w kontakcie ze skórą, nie uwalnia się z niego chemiczny smrodek.


Krem jest biały, półprzezroczysty. Ma bardzo leciutką formułę, co prawda nigdzie się tego nie doczytałam, ale mogłabym się pokusić o stwierdzenie, iż jest to typowy "olej w wodzie". Jego aplikacja nie sprawia problemów, łatwo się nakłada, szybko wchłania, nie pozostawiając maziającego się filmu.


Jego działanie na skórę? Napisze tak - stan mojej skóry po jego używaniu się nie pogorszył. Twarz jest dobrze nawilżona, po wchłonięciu nie ma żadnego świecenia. Tzn. nie świecę się "na tłusto". Mogłabym nawet rzec, iż kremik ten delikatnie, naturalnie matuje, pozostawiając jedynie połysk zdrowej i promiennej skóry.


Dla mnie jest to w tej chwili jeden z moich ulubionych kremów do twarzy. Lekki, idealny pod makijaż i przede wszystkim bardzo wydajny. Wystarczy naprawdę odrobina kremiku, by wysmarować całą twarz, a nawet dłonie xD Cena i zapach to dodatkowe plusy. Myślę, że jeszcze nie raz do niego wrócę. Dla mnie to idealny krem do twarzy na wiosnę i lato ;)

poniedziałek, 26 marca 2012

Sekcja 26.: Joanna, Multi Cream Color, 34 Intensywna czerwień

Ach, jaka szkoda, że jeden z piękniejszych weekendów za nami. Jak sobie pomyślę, że następny taki wolny weekend będę miała dopiero w maju, to aż mi się przykro robi. Poniedziałek też jako tako przeżyty - mogło zawsze być gorzej. Nie ma co narzekać.

Z dzisiejszym trupem miałam nieco myślenia, gdyż nie do końca wiedziałam, gdzie go sklasyfikować. Ostatecznie jednak trafił na Sekcję, a nie do Mumifikatorium, bo w sumie oceniam produkt, a nie zabieg. Tak więc przed Państwem...


...Joanna Multi Cream Color w kolorze 34 czyli Intensywnej czerwieni. To farba do włosów, której za grzybka nie znalazłam w żadnej drogerii-sieciówce. A zaczęło się wszystko od poszukiwania idealnej czerwieni - jasnej, płomiennej i nie wpadającej odcieniem w brąz. (Wy też macie wrażenie, że wszystkie czerwienie dostępne na rynku są cholernie ciemne?). Po wycofaniu mojej Safiry, która dawała idealny, jasny odcień, byłam w totalnej desperacji i przyznam, do tej pory nie znalazłam farby idealnej.


Skład farby dla zainteresowanych. Jeśli chodzi o dostępność, to przyznam, jest średnia. Brak w sieciówkach, natomiast można ją z powodzeniem spotkać w mniejszych, prywatnych drogeriach, sklepach z chemią gospodarczą czy małych sklepikach spożywczo przemysłowych. Prawdopodobnie jest również dostępna w internetowych drogeriach i na Allegrze, ale za to głowy nie dam sobie uciąć. Ja kupuję ją za 7,90zł za chyba 100g czy ml.


W opakowaniu znajdują się:
  • utleniacz 9% 60g
  • tubka farby 40g
  • maseczka pielęgnacyjna po farbowaniu pojęcia-nie-mam-o-jej-pojemności
  • rękawiczki foliowe
  • instrukcja obsługi farby

I tu zaczynają się schodki. Otóż farby tej zużyłam już chyba z 5 opakowań i nauczona całkiem sporym doświadczeniem mogę wam powiedzieć: NIGDY, ale to PRZENIGDY nie ciaplajcie farby do tuby z utleniaczem, tak jak jest to podane w instrukcji. Konsystencja farby oraz mały wylot sprawiają, że prędzej dostaniecie ataku nerwicy, niż pofarbujecie całe włosy. Ja już na to sposób znalazłam, zawartość tuby z utleniaczem wlewam do SZKLANEJ (nigdy do metalowej!) michy, do tego wyciskam tubę z farbą - i tu uwaga też schodek, gdyż z tego samego powodu co powyżej, ciężko jest wycisnąć całą tubkę. Ja ją zwyczajnie rozcinam nożyczkami przy wylocie jak na zdjęciu i farba bez problemu ląduje w misce. Następnie - i tu również awangarda w farbowaniu - ciaplam wszystko w misce pędzlem do golenia. Powstaje kremowa paćka, która z upływem 15 minut robi się ciemno fioletowa. Bez nerw, tak ma być XD

Następnie postępuję już zgodnie z instrukcją, czyli trzymam farbę te 40 minut na głowie (nie licząc czasu jaki zajmuje mamie pomalowanie moich włosów - sama nie farbowałam się nigdy), następnie spłukuję i nakładam maseczkę dołączoną do farby na jakieś pół godziny (a co będę żałować, niech się wchłonie porządnie xD). Całość spłukuję i pozostawiam do wyschnięcia.


Oto i moje kłaczydła przed farbowaniem. Macie tutaj również przykład, jak dzisiejszy umarlak wygląda po prawie 2 miesiącach na głowie. Jak widać kolor wypłukuje się do rudo-brązowego przy końcówkach (obecność nie wypłukanego do końca pigmentu tonera Directions Violet; pozostałości po mocniejszych farbach, którymi skrzywdziłam swe włosy w zeszłe wakacje), zaś przy skórze do cynamonowego rudego. Możecie również zaobserwować moje piękne odrosty w odcieniu mysi blond :D




A to już efekt po farbowaniu. Czyli piękna, czerwona tęcza. Tam gdzie pozostały resztki tonera i starych farb, włosy są ciemnoczerwone, gdzieniegdzie nawet fioletowawe O.o Przy skórze natomiast mamy czerwone-nie czerwone, jasne coś. Nie powiem, że mi się nie podoba, jednakże nie takiego efektu chciałabym na swoich włosach.

Pomijając moje widzi-mi-się oraz kolorowość moich włosów, farba Joanna Multi Cream Color jest całkiem dobrą pozycją wśród farb. Nie niszczy włosów, nadaje im piękny połysk i w miarę intensywny kolor na jasnych włosach. Niestety ma również wady, o których wspomnieć muszę. Po pierwsze - trochę ją czuć. Nie jest to najgorszy, żrący smród, jednakże fiołków i róż się po niej nie spodziewajcie. Po drugie - trwałość - już po 2 tygodniach widać na włosach wypieranie koloru, barwi wodę przez około 3 tygodnie. Po trzecie - nierówno kryje. I nie to, że się tworzą łaty, bo czegoś takiego nie zaobserwowałam, ale nie potrafi nadać włosom jednolitego koloru tak, jak chociażby farby L'oreala. Myślę jednak, że jak na swoją cenę, jej działanie jest dostatecznie dobre.

Znacie może jakąś farbę oprócz Palette, która ma w swej gamie intensywne, jasne czerwienie? x3

piątek, 23 marca 2012

Sekcja 25.: Bell PLANÈTE, Cień do powiek 304

Weekend czas zacząć! Zaległy dowód odebrany, zakupy zrobione, pieniądze wydane xD Ale po prostu nie mogłam się oprzeć... <3 W przyszłym tygodniu możliwe, że czeka was dawka pielęgnacyjnych zwłok i wiosennego powiewu xD
Jako, że ostatnio moje oczy zrobiły nieco szumu, dziś czeka Was kolejna sekcja cienia do powiek, tym razem Bell.


Gdybym miała możliwość wyboru, nigdy bym na niego się nie skusiła. Niestety, a może i stety, otrzymałam go w olbrzymiej pace kosmetyków, jakie zakupiłam na Allegrze. Normalnie możemy go zakupić wszędzie tam, gdzie sprzedawane są kosmetyki marki Bell, czyli małe, stacjonarne drogerie bądź sklepy internetowe. Cena powyższego umarlaka to ok. 12-14zł za... no właśnie, jaka jest jego pojemność? Na pudełeczku informacji brak. Na Wizażu również. Aczkolwiek jest to cień duży. Dla mnie nawet ZA duży.


Skład jaki jest, każdy widzi. Jednak to, co jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem, to jego ważność. 12 miesięcy od otwarcia?! Nie wiem czy maziając się nim codziennie, byłabym w stanie go zużyć. Trudno, przetrwa dłużej niż rok. 


Cień znajduje się w dosyć sporym opakowaniu koloru srebrnego. Do cienia dołączony jest również aplikator gąbeczkowy w kształcie... banana. Cholernie niewygodne ustrojstwo. Osobiście wolę kupować cienie pojedyncze bez aplikatorów. I tak używam pędzelka, a takie opakowanie jak powyżej zajmuje niepotrzebnie więcej miejsca. Jego kolor to biel, choć mi bardziej wygląda na ecru.


Cóż mogę powiedzieć o samym kosmetyku? Otóż po pierwsze - wszelkie cienie perłowe to nie moja bajka. Tuż po nałożeniu wyglądają owszem, uroczo. Jednakże po kilku godzinach mam wrażenie, jakby wszystkie drobinki zaczynały strajk okupacyjny i przemieszczały się po całej mojej twarzy. Bell PLANÈTE 304 nie jest wyjątkiem. Po drugie - za 12zł od pojedynczego cienia spodziewałabym się lepszej pigmentacji. A tu mamy typowego średniaka. Na swatchu wygląda zacnie. Na oku już nieco gorzej. Przy nakładaniu pędzelkiem lubi się osypywać. 

Avon, ColorTrend Great Lengths
Bell PLANÈTE 304

Czekałyście na to, co? xD Tradycyjnie już Sacz zaczęła testy cienia od sprawdzenia go pod kątem krechy. I tu niestety zawód. Jak chyba każda perła, nie wchodzi w związek z wodą. Jeśli więc chcecie używać go jako liner, polecam mieszanie z kremem. (Tjaa... Sacz nie takie rzeczy robiła xD i co dziwne to działa XD), albo nakładanie na sucho, co wiąże się z ryzykiem osypywania. Niestety Bell PLANÈTE odbija się na powiece jak wariat. Z trwałością na sucho też bywa różnie.

Avon, ColorTrend Great Lengths
Bell PLANÈTE 304

Essence, Kajal Pencil 01 Black

Essence, I Love Stage, Eyeshadow Base


Przejdźmy jednak do cienia właściwego. Na powiece wygląda jak powyżej. Średnio kryjąca, sparkląca się biel. Posłusznie się blenduje. Oprócz osypywania nie robi większych problemów. Nie wiem jak z nakładaniem na sucho, gdyż Sacz testowała cień na bazie Essence I Love Stage. Wytrzymałość tak do 8 godzin. Szału nie ma, nie? x3

Avon, ColorTrend Great Lengths
Bell PLANÈTE 304
My Secret, Double Effect Eyeshadow 417
Bell, Glamour Eyeliner 07

Essence, I Love Stage, Eyeshadow Base

A tu Drodzy Państwo w połącznieu z cieniem My Secret Double Effect 417 oraz eyelinerem Bell Glamour 07. Była biel ze złotem na paznokciach, jest i na oczach ;)
Osobiście nigdy bym tego cienia kijem nie tknęła. Jedyną bielą, jaką trawię na oczach, jest biel matowa o dobrej pigmentacji. Jednakże jeśli już wpadł w moje ręce, nie ma nic przeciw niemu. Poza osypywaniem, średnim kryciem i dosyć wysoką ceną jak na takiej jakości cień. Ale są osoby, które lubią takie delikateski ;) Pojęcia nie mam, jak go zużyję i czy w ogóle zużyję. Jeśli byłby ktoś chętny na niego to zapraszam do pisania w komentarzach. Chętnie pójdzie sobie ode mnie na wymianę xD Nie zachęcam, ani też nie odradzam xD



Ogłoszenia Parafialne:

Dziś zapraszam was na rozdania u:

FeriaBarw

Beaaatka21

Asqua

Justyna

czwartek, 22 marca 2012

Sekcja 24.: Sensique Exotic Flower, Lakier do paznokci 242

Dziś wyczerpały się Saczowe pokłady cierpliwości. Będzie krótko, zwięźle i treściwie. Matura to ZuO! =x

Ja nie wiem, co mam z tymi lakierami Sensique, ale strasznie je polubiłam. Dziś na stół trafia już... nieco rozkładający się umarlak, bo z poprzedniej wiosny, o ile się nie mylę.


Jest to ten sam lakier, który prezentowałam w lutym w sekcji zakupowej. A zakupiłam go w Naturze w śmiesznej cenie 3zł za 7ml. Prawda, że tanio? Tak czy inaczej, dla mnie lakier jest świetny. Niestety ma on tylko numerek. A szkoda, bo lubię zwracać się do moich lakierów po imieniu. Sama osobiście nazwałabym go Star Dust, bo cholernie kojarzy mi się właśnie z gwiezdnym pyłem.


Tak więc Star Dust, bądź jak kto woli numerek 242, jest typową perłową perłą. Biało-niebieskawa baza pełna drobnego złotego shimeru, którego chyba nie udało mi się uchwycić. Niektórym może się nie podobać, ja go jednak uwielbiam, zarówno jako samodzielny kolor, jak i złoty, półprzezroczysty top.


Na dzisiejszej sekcji prezentuje się samodzielnie. Niestety, by otrzymać powyższy efekt, trzeba się nieźle namachać, gdyż jego krycie jest... co tu dużo mówić - słabe. Przy trzech warstwach paznokcie wciąż prześwitują przez lakier. Pojęcia nie mam, ile warstw mam na paznokciach w tej chwili. Lakier jednak odkupuje swój grzech błyskawicznym niemal wysychaniem i zadowalającą jakością. 3 dni bez odprysku - sukces. Lakier ma idealną konsystencję, ni za rzadką, ni za gęstą, pędzelek też wygodny - taki średniaczek pod każdym względem. Jeśli jeszcze gdzieś na niego natraficie - polecam.


środa, 21 marca 2012

Sekcja 23.: My Secret, Double Effect Eyeshadow 418

I stało się. Nieubłaganie nadszedł pierwszy dzień wiosny, a że Sacz grzeczna jest i zazwyczaj postępuje według zasad wpojonych w dzieciństwie przez rodziców, postanowiła ten jakże piękny dzień święty święcić, toteż od rana opierdziela się w domku, zamiast użerać się ze wściekłymi Ukrainkami w Czeluści Piekielnej (czyt. szkole). Jakby tego było mało, postępując zgodnie z głosem - niewielkiego, ale zawsze - ludu, Sacz założyła Fanpejdża na Facebook'u. Od dziś możecie lajkować Prosektorium (kolumna po prawo xD), tym samym skazując się na powiadomienia o nowych sekcjach. Informuję również, że osoby, których do tej pory zasypywałam prosektoryjnym spamem z mojego prywatnego konta, mogą wreszcie poczuć tę ulgę, związaną z nieotrzymywaniem niechcianych postów kosmetycznych na tablicy xD.

Oczywiście nie jest to koniec wiosennych zmian. Jak już wcześniej gdzieś wspominałam, powoli ruszają prace nad modernizacją wyglądu Prosektorium. Planuję również na stałe dodać Mumifikatorium, w którym zamieszczane będą recenzje różnorakich zabiegów pielęgnacyjnych (o ile takowym się odważę poddać), oraz przepisy na domową pielęgnację, wraz z ich oceną. Kolejną zmianą będzie kategoria stricte mejkapowa, na razie kminię nad jej nazwą. Może macie jakieś propozycje? xD

Żeby was jednak nie nudzić, przygotowałam dziś sekcję czegoś, czego dawno w prosektorium nie było, a mianowicie cienia do powiek! Powitajcie brawami zielonego truposza od My Secret!


Historia tego cienia sięga października 2011, kiedy to Sacz wybrała się do pobliskiej Natury w celu upolowania kosmetyków na zbliżającą się wielkimi krokami Studniówkę. Jako, że owa studniówka miała odbyć się w lutym 2012, Sacz popadła w panikę, bo to przecież cholernie mało czasu, a Sacz nie lubi, kiedy kwestię planowania wyglądu odkłada się na ostatnią chwilę. Ze świadomością posiadania ciemnozielonego gorsetu (Chryste! Wy wiecie jak on ściska?!), szybkim krokiem, o mało co nie tratując sprzedawczyni, Sacz wpadła w kolorówkę. Pierwszy wybór padł na Kobo. Tam niestety nie zastała odpowiedniego dla siebie odcienia. Nauczona doświadczeniem oraz zniechęcona cenami ominęła gablotki Astora, Maybelline oraz Essence, gdyż w tej ostatniej zastała same pastelowe odcienie. I tak oto dotarła Sacz do My Secret, gdzie jej oczom ukazał się ten oto zielony cudaczek, w którym zakochała się od pierwszego zmacania testera.

Żeby nie pieprzyć bez sensu, przechodzę do konkretów. My Secret Double Effect Eyeshadow 418 to jeden z lepszych cieni do powiek, jakie kiedykolwiek miałam. Nie ma w sumie co się dziwić - wyprodukowany został przez Pierre Rene - markę odpowiedzialną również za produkcję popularnych ostatnio kosmetyków MIYO. Zamknięty w przezroczystym, zgrabnym pudełeczku, mieszczącym aż 3g. Dla mnie jest to już spora pojemność. Dodatkowym plusem jest ważność cienia - aż 3 lata od otwarcia, także być może uda mi się go zużyć przed utratą ważności ;). Jego cena również jest ludzka - 7zł w Naturze za dobrej jakości cień. Niedużo.


Jak możecie zauważyć, cień ten przeszedł już wiele, m.in. upadek na kafelki (jest dosyć kruchy), przez co 2 lub 3 razy musiałam go ratować rozprowadzając w niewielkiej ilości wody. A jako, iż jest to Double Effect, doskonale łączy się z wodą, tworząc swego rodzaju krem.


Jego wodne przygody absolutnie nie wpływają ani na jego konsystencję po wyschnięciu, ani na pigmentację. Jak widzicie, jest świetnie napigmentowany. Wystarczy już niewielka ilość, by doskonale pokryć całą powiekę. Jeśli chodzi o kolor 418, dla mnie jest to średnia zgniła zieleń ze złotym, satynowym wykończeniem oraz złotymi, brokatowymi drobinkami. Nakładana na sucho daje efekt zgaszonej, lśniącej zieleni. Po nałożeniu na mokro obserwujemy mocne podbicie koloru - zieleń nabiera "mocy", zaś złoto pięknie mieni się na powiece. Tym samym można używać go zarówno do dziennego, stonowanego makijażu w kolorach ziemi, jak również w wersji wieczorowej "na bogato". xD

Avon, ColorTrend Great Lengths
My Secret, Double Effect Eyeshadow 418
Sacz oczywiście nie byłaby sobą, gdyby nie przemieniła cienia na liner. My Secret Double Effect Eyeshadow nadaje się do tego doskonale. Nakładany pędzelkiem do eyelinera na mokro daje zadowalający efekt. Nie należy jednak przesadzać z jego ilością, gdyż tak nałożony w nadmiarze, lubi się odbijać na powiece. Wersja w sam raz dla tych, którzy nie mają rano zbyt wiele czasu na malowanie, a lubią kolorowe kreski xD

Avon, ColorTrend Great Lengths
My Secret, Double Effect Eyeshadow 418
Bell, Liquid Eyeliner 2 Brązowy
Essence, I Love Stage, Eyeshadow Base

A tu już w tradycyjnej wersji monochromatycznej, w dodatku w zacienionym pomieszczeniu bez lampy, nakładany na sucho. Jak widać złoto chowa się, a uaktywnia ładna, zgaszona zieleń, w sam raz na wiosnę. W duecie z brązowym Eyelinerem Bell tworzą zgraną całość. Cień doskonale współpracuje zarówno z pędzelkiem, jak i gąbeczkowym aplikatorem. Nie sprawia problemów przy rozcieraniu, można nim bez problemu uzyskać intensywne i subtelne efekty.



Ta sama wersja, tyle, że w świetle dziennym. Pojawia się subtelne złoto, delikatnie przebijające przez lekko zgniłkową zieleń.

Avon, ColorTrend Great Lengths
My Secret, Double Effect Eyeshadow 418

My Secret, Double Effect Eyeshadow 417

Bell, Liquid Eyeliner 2 Brązowy
Verona Butterfly, Quaticello 4
Essence, I Love Stage, Eyeshadow Base

A tu już wiosenna wariacja z użyciem tegoż cienia. Zdjęcie w zaciemnionym pomieszczeniu, bez lampy. Tym razem nasz Double Effect Eyeshadow nakładany na mokro. Różnica jest widoczna, cień iskrzy się nawet w cieniu, uwidaczniają się złote drobinki.



I kolejne ujęcia "na mokro", tym razem w świetle dziennym. Niestety mój aparat nie jest w stanie oddać w 100% natury tego cienia. W rzeczywistości efekt jest bardziej złoty i bardziej iskrzący. Strasznie podoba mi się to, jak zmienia się w zależności od warunków i sposobu nałożenia. x3


A tu, proszę Państwa, moje gały szaleńca, tak w ramach porównania i bonusu na Dzień Wiosny XD

Podsumowując - jestem z niego ogromnie zadowolona. Świetny cień w super cenie. Jego jedyną wadą jest to, że niestety przy nakładaniu na sucho, lubi się osypywać, także trzeba z tym uważać xD No i jest kruchy, pudrowy, przez co lubi się łamać nawet przy upadkach z niewielkiej wysokości. Ale to takie szczegóły, z którymi absolutnie da się żyć. Jako posiadaczka dwóch cieni z tej serii mogę wam go z czystym sercem polecić. Sama z pewnością przy przypływie gotówki zakupię jeszcze kilka kolorów. Naprawdę warto! ;)


A w ramach totalnego szaleństwa wiosennego dołączam również nutę, która chodzi za mną od kilku dni i doczepić się nie chce xD Bo w sumie kto tego nie lubi? XD