poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Mumifikatorium: Multisuplemental, Stress Off & Vitasuplemental

Witam! Było dużo sekcji a teraz czas na Mumifikatorium. Dzisiejszy post sponsorowany jest przez przemiłą Panią Gabrielę z K&K Select, czyli właściciela marki Multisuplemental. Dzięki uprzejmości Pani Gabrieli udało mi się nawiązać współpracę, której owoce chciałabym przedstawić poniżej.


A oto i one! Bohaterki wieczoru, dwie piękne buteleczki suplementów Stress Off oraz Vitasuplemental. Po troszku opiszę każdą z nich.

Stress Off

Jak sama nazwa wskazuje, preparat ten ma nas odstresować, uspokoić, wyciszyć i sprawić, by nasze drugie połówki nie doprowadzały nas do szewskiej pasji (tak Lu, o Tobie mówię XD). Ponadto, jak chyba każdy antystresant, ma poprawiać nastrój, oraz - co ważne! - zwiększyć naszą koncentrację. Szczególnie polecany dla uczniów w okresie matur oraz studentów w czasie sesji. Również ma mieć dobry wpływ na cerę, oraz O.O... libido!

Patrzycie - pigułki, i mówicie "nie biorę, bo to chemia, jeszcze moja wątroba na tym ucierpi". Ano właśnie. Wasza wątroba zapewne bardziej będzie opłakiwać mocno okropione majówki niż te kapsułki, gdyż ich skład to praktycznie sama zielenina. xD Oto, co zawiera w sobie Stress Off:

  •  Ekstrakt z różeńca górskiego (100 mg) - poprawia nastrój, redukuje stres i zwiększa koncentrację. Oprócz tego ma również działanie przeciwnowotworowe, chroni wątrobę i wzbudza chuć XD
  •  Fosfatydylocholina (50 mg) - bo na pewno przeczytam. To nic innego jak lecytyna, która to pomaga w walce z cholesterolem, przyspiesza przemianę materii i podnosi sprawność krążenia krwi, również pomaga koncentracji
  •  Ekstrakt z zielonej herbaty (50 mg) - ogólnie ma działanie przeciw: -zapalne, -wirusowe, -bakteryjne, -alergiczne, -zakrzepowe
  •  Ekstrakt z ziela melisy (40 mg) - melisa czyli czysty spokój ;) poprawia również pamięć i koncentrację
  •  Astaksantyna (4 mg) - wspiera odporność organizmu i poprawia wygląd skóry
  •  Ekstrakt z pieprzu czarnego - Bioperyna (4 mg) - wzmacnia naszą odporność ;)
  •  Chlorofilina - ba! chlorofil musi być! niby barwnik do kapsułek, ale z toksynami walczy xD



Vitasuplemental

Żeby antystres mnie całkowicie nie wyciszył, otrzymałam również butlę suplementu, który szczególnie polecany jest na przesilenie wiosenne i stany, w których brakuje nam chęci do czegokolwiek. Vitasuplemental ma za zadanie poprawić nasze siły witalne, zwiększyć zapasy energii, oddziałuje pozytywnie na nasz układ odpornościowy oraz kondycję organizmu. Wspomaga również metabolizm, oczyszcza organizm i poprawia O.O... libido!

To również jest twór czysto roślinny w składzie:
  •  Beta Glukan (150 mg) - wspomaga mobilizację układu odpornościowego, obniża poziom cholesterolu, zapobiega tworzeniu hemoroidów oraz jest pomocny w leczeniu prostaty i impotencji
  •  Laktoferyna (100 mg) - białko naturalnego pochodzenia o właściwościach wspomagających siły obronne organizmu
  •  Mleczko pszczele (Liofilizat) (70 mg) - niweluje zmęczenie, powoduje przypływ sił witalnych, zwiększa produkcję spermy, libido, zapobiega osteoporozie
  •  Astaksantyna (8 mg) - pozyskana z alg, silny antyoksydant wspierający odporność organizmu
  •  Ekstrakt z pieprzu czarnego - Bioperyna (4 mg) - przeciwdziała zachodzącym w organizmie procesom utleniania, wspomaga odporność
  •  Chlorofilina - eliminuje toksyny


Każde opakowanie zawiera 30 kapsułek, jest to kuracja miesięczna. Zaleca się łykanie pakietem - kapsułka Stress Off rano oraz kapsułka Vitasuplemental wieczorem, dla uzyskania optymalnego efektu. Pojęcia nie mam, czy to działa, dlatego też na własnej skórze sprawdzę, czy i jak one działają xD Tymczasem życzę Wam spokojnej nocki i zapraszam równo za miesiąc na Mumifikatorium, czy też Sekcję z wynikami owej kuracji ;)

niedziela, 29 kwietnia 2012

Sekcja 47.: L'Oreal Féria Préférence, P76 Pure Spice

Łahaha. Przerażacie mnie. XD 70 obserwatorów, prawie 6000 wejść, a ja nadal w lesie z nagrodami rozdaniowymi. xD Nie mnóżcie się tak! xD

Dziś odcinek drugi Saczowych poszukiwań farby idealnej. I muszę Wam przyznać, że tym razem jesteśmy już bliżej niż dalej. Ale po kolei.


Kiedy ludzie zaczynają zwracać uwagę na Twoje odrosty, oznacza to, że najwyższy czas się ufarbować. Tak też było ze mną, dlatego Saczu wygrała się na polowanie do najbliższego Rossmanna, gdyż tam wybór jest większy niż w Pipidowie Górnym, w którym Sacz zamieszkuje. I już miałam sięgać po Palette, już żegnałam się ze zdrowymi włosami, kiedy nagle, nie wiadomo jak i skąd, półka obok zaczęła lśnić! No po prostu waliła blaskiem po gałach jak naćpana, zaś z owej iluminacji wyłoniła się farba L'Oreala, w odświeżonej szacie graficznej i promocyjnej cenie 24,90zł. "Chrzanić Palette!" - zakrzyknęła Sachiyo na cały sklep, strasząc tym samym gołębie i staruszki przy kremach przeciwzmarszczkowych, aby następnie pobiec pędem do kasy ze zdobytym L'Orealem.


Chemia, chemia i jeszcze raz chemia - ale w końcu GDZIE jej nie ma? xD Poza spisem ingrediencji składających się na dzisiejszego trupa, na opakowaniu znaleźć możemy obietnice producenta, jak choćby to, że "Préférence zawiera Opatentowane Barwniki Wysokiej Odporności (...) bla bla bla (...) zapewniające długotrwały lśniący kolor i doskonałe pokrycie siwych włosów (...) bla bla (...) olśniewający połysk aż do 6 tygodni." Ciekawee... Poza tym jest jeszcze niby słowo od gostka Christophe Robin'a , który to mówi, że "Odcień P76 to intensywna, rockowa czerwień. Idealna dla osób o jasnej karnacji i oczach o delikatnej brarwie (...)". No kurczę jak dla mnie stworzona! XD


W pudełku z farbą znajdziemy następujące składniki: 1 tubkę farby, 1 tubę rozjaśniacza, 1 tubkę odżywki wielorazowego użytku, 1 parę czarnych rękawiczek, które mój tatko określił jako "prosektoryjne pozostałości po czarnych workach", oraz 1 instrukcję obsługi, której na zdjęciu nie ma, gdyż zeżarł ją Daemon. Ta, nie ma jak papierożerne psy. Ale mięsa skubaniec od 3 dni nie tyka, ja go nie rozumiem.

Tym razem Sacz sobie pomyślała "a wymiącham farbę w tej tubie i zobaczę jak się nakłada". Otóż po 1: krem koloryzujący z tubki czerwonej bardzo łatwo się wycisnął. Po 2: Oba składniki się dobrze razem połączyły, zmieniając kolor na pomarańczowy. Po 3: gotową mieszankę dobrze się z tej tuby wyciskało, gdyż jest miękka i ma spory otwór. ALE niestety, krem ma nieprzyjazną konsystencję - nakłada się go na SUCHE włosy, nie pieni się i trzeba się nieźle namęczyć, aby nie powstały łaty.


No i praktycznie jesteśmy w domu! Po 35 minutach trzymania śmierdzącej mieszanki na głowie wyszło coś takiego. Kolor bardzo podobny jak ten na opakowaniu, włosy są pokryte jednakowo, nie ma momentów ciemniejszych i jaśniejszych. Kolor nie wpada w brąz, jest mocny i soczysty, szczególnie w słońcu. W cieniu oczywiście jest ciemniejszy, ale gdzie tu teraz cień w takie upały? XD


Podsumowując - jestem z niej bardzo zadowolona. Ładnie kryje, nadaje mocny, wyrazisty kolor i NIE PALI włosów. Dodatkowo zawarta odżywka ślicznie pachnie i nadaje włosom miękkości. Nie jest to może mój ideał farby, ale sądzę, że zaprzyjaźnię się z nią na dłużej ;)

Dexter? Dracula? Elżbieta Batory?! Nie! To tylko Sacz zmywająca farbę ;D





Ogłoszenia Parafialne
Zapraszam dziś na rozdania u:

Ruda

Agi
hatsu-hinoiri
Cosmetics Freak

piątek, 27 kwietnia 2012

Sekcja 46.: Lovely, Crystal Strenght 374

Nie mam totalnie siły, zapomniałam kupić kwiatów na jutro i właśnie uciapkałam włosy farbą i pojęcia nie mam co wyjdzie. xD Na szczęście jutro wszystko się kończy.


To zdecydowanie zły romans. Nie wiem co w lakierach Lovely siedzi, że pałam do nich uczuciem wręcz toksycznym, biorąc pod uwagę ich prawie że marną trwałość. Cena 12ml to tylko jakieś 7zł.


Krycie ma się nieco lepiej niż w przypadku jego zielonego braciszka. Powyżej widoczne są 2 warstwy, jak widać końcówki nieco jeszcze prześwitują, ale nie mialam siły nakładać trzeciej - czas schnięcia jest katastrofalny. Mimo, iż wygląda na zaschnięty, jest wciąż miękki. Upierdliwość.


Przepraszam za skórkową Hiroszimę. Kolor 374 to piękny metaliczny błękit, ktory przywodzi na myśl wiosenne niebo. Końcówki zdążyły się zetrzeć już pierwszego dnia i gdybym nie potraktowała go odżywką, zapewne poodpryskiwałby jak wariat.


Pędzlak jest ciupkę za twardy i za gruby jak dla mnie. Ciężko jest nałożyć porządną warstwę. Mimo wszystko lubię skubańca za ten kolor i myślę, że pomimo swojej trwałości będę wracać do niego całkiem często. Czy polecam? Nie wiem. Same oceńcie. Idę zmywać kłaczydła. Aż się boję. xD




środa, 25 kwietnia 2012

Sekcja 45.: Avon Naturals, Miód i mleko, Odżywczy krem do rąk

Linia Avon Naturals to zdecydowanie najmocniejsza strona avonowej działalności jak dla mnie. Zdarza się tu zdecydowanie mniej bubli, zaś same kosmetyki pachną przecudnie. Dziś kolejny produkt z linii Narurals, tym razem kremik do rąk.


Czy Sacz mówiła już, ze jest uzależniona od kremów do rąk? Po prostu je kocham, ubóstwiam i mogłabym im wystawić nawet ołtarzyk bądź kapliczkę. Czuję się totalnie źle, gdy nie ma ze mną chociaż malutkiej tubeczki mazidła do rąk, a do szału doprowadzają mnie sytuacje, w których skazana jestem na wieczne suchoty dłoni po ich umyciu. Rozwiązaniem na me męki jest m.in. ten kremik, o słodziutkim zapachu miodu i mleka <3. Nie wiem dlaczego, ale spodobał mi się ten zapach. Po kremie do twarzy i musie do ciała postanowiłam zaopartzyć się w to niepozorne (nie)maleństwo, które kosztuje zaledwie... hmm.. Ile on mnie kosztował? Coś chyba około 6zł. Naprawdę mało za tubę 75ml.


To co Sacz lubi najbardziej, czyli wrzucanie ingrediencji o których nie ma bladego pojęcia. Ale gliceryna jest, więc jest git. Lubię ten efekt na dłoniach - nie są tłuste, ale takie dziwnie i przyjemnie śliskie. ;) Efekt ten utrzymuje się... Średnio. Znaczy po jakimś czasie znika, jednak dłonie nie są suche, jak przed smarowaniem. No ale co ja poradzę, że kremy do rąk kupuję głównie pod kątem zapachu? xD


I oczywiście, że go zamiseczkowałam! Jakże by inaczej! W Panu Miseczce prezentuje się jak mała, biała, półprzezroczysta, glicerynowa kupka. Krem jest miękki, ale treściwy, nieco zbity.


Na skórze rozprowadza się gładko, miękko i przyjemnie. Nie jest oporny, dobrze się wchłania i pozostawia na jakiś czas glicerynowy film, który jednak nie brudzi ubrań, ani się nie lepi, nie mazia. Jeśli chodzi o nawilżenie to szału nie ma, ale jak na krem za 7zł to jest całkiem całkiem. Potrafi utrzymać dłonie w przyzwoitym stanie, jednak nie liczcie na to, że jak macie pękającą Hiroszimę, to wam ją uleczy, o nie! Na takie sprawy to tylko Neutrogena. ;)


Podsumowując - przyzwoity krem w przyzwoitej cenie, o wręcz niebiańskim zapachu i umiarkowanym działaniu. Jeśli któraś z Was jeszcze nie niuchała serii Miód i Mleko, to być może ten kremik będzie dla was udanym preludium do mlecznej serii. Jeśli jednak wymagacie od kremu do rąk czegoś więcej niż ładnego zapachu i umiarkowanego działania, lepiej sięgnijcie po coś bardziej sprawdzonego. ;)

wtorek, 24 kwietnia 2012

Sekcja 44.: L`Oreal, Color Riche Serum Anti - Age Inside, S404 Luminous Amber

Niby koniec roku, a kupę jeszcze spraw do załatwienia. Aż pół dnia zmarnowałam na bieganie między szkołą, pociągami, domem a fotografem. Ale fotejszyn jest, więc jest git. =D

Dziś proponuję sekcję szybką, gdyż truposz, którego dziś będę rozkładać na czynniki pierwsze już zaczął się z wierzchu rozkładać xD


 L`Oreal Color Riche Serum Anti - Age pojawiła się już gościnnie w Prosektorium, jednak takiej perełce MUSZĘ poświęcić nieco więcej uwagi. Jest to co prawda maziak stworzony dla Pań w wieku +40, jednakże dzięki idealnemu połączeniu koloru oraz pielęgnacji, jest moją faworytką. Zakupić ją można wszędzie, gdzie L'Oreala dostać można, zaś cena to ok. 50zł, choć na spokojnie można ją dostać taniej w internecie.
Zacznę niestety od jej wady (pomijając oczywiście cenę) - to co widzicie powyżej, to nie efekt rzucania szminką o ścianę, ani nie efekt tarcia jej papierem ściernym. Opakowanie jak jest nowe - jest piękne, ale tak tandetnie wykonane, że to aż woła o pomstę do nieba!


Szmineks jest miękki, średnio kryjący i mocno nawilżający. S404 Luminous Amber to piękny, koralowy odcień, nie całkiem matowy, gdyż znajdują się w nim drobniusienieńkie drobinki w kolorze srebrnym, które na ustach są totalnie niewidoczne. Zapach jest obłędny! Kojarzy mi się jakimś cudem z dzieciństwem, jest lekko kwaskowy, trudny do określenia i bardzo intensywny.


Jestem w niej absolutnie zakochana. Doskonale nawilża, po nałożeniu nie ma efektu ciężkości, nadaje ustom delikatny połysk, jest lekka i mięciutka, co niestety wpływa również na jej trwałość. U mnie wytrzymuje na ustach ok 3 godzin bez poprawek, zjada się równomiernie, lubi się odciskać na szklankach. Ma swoje wady i zalety, dlatego też polecać jej nikomu nie będę, jednakże jak dla mnie jest numerem jeden ;)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Sekcja 43.: Johnson's Baby, Ochronny krem przeciw odparzeniom

Jakiś czas temu zamówiłam na stronie Johnson's Baby próbki ich produktów i spory czas zastanawiałam się, efekty moich obserwacji przedstawiać wam w Prosektorium. Ostatecznie jednak zdecydowałam się napisać o nich to i owo ;)


Jak chyba wszyscy się orientują, kosmetyki Johnson's Baby to przede wszystkim produkty dla niemowląt i przyszłych bądź świeżo upieczonych mam. Ja z okresu niemowlęctwa wyrosłam już jakieś 19 lat temu, zaś mamusią zostać nie zamierzam jeszcze przez lat przynajmniej 10. Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że kosmetyki dla małych dzieci mają często zbawienny wpływ na naszą skórę czy włosy. Zachęcona tym faktem postanowiłam je wypróbować. Na pierwszy ogień poszła próbeczka (nie taka mała) Ochronnego kremu przeciw odparzeniom.


Próbka zawiera 15ml produktu, dzięki czemu można spokojnie go przetestować pod każdym kątem. Pełnowymiarowy produkt (100ml) dostaniemy praktycznie w każdej drogerii czy markecie za cenę ok. 15zł. Nie jest to wygórowana kwota, biorąc pod uwagę wydajność i działanie kremu. Ale o tym za chwilę. Co prawda nie znam się zbyt dobrze na tej łacińskiej czarnej magii, którą widzicie powyżej, ale zdziwiło mnie, że w kosmetykach dla takich maluszków pojawiają się parabeny. O.o Jak widać, jesteśmy bombardowani chemią już od niemowlęcia. I jak tu cholera żyć zdrowo? xD


Dawno nie było miseczki, co? xD W każdym razie, kremik jest... gęsty. Cholernie. Gęsty, ścisły, biały i tłustawy, zaś po rozsmarowaniu pozostawia białawy film. Co mi to przypomina? Ano maść cynkową. I rzeczywiście, Sacz zaintrygowana tym faktem przejrzała łacinę chemiczną i doszukała się obecności cynku w składzie, co tłumaczy podobne do maści zachowanie kremiku.



Krem ma iście przecudny zapach! Przyjemny, słodkawy i pudrowy, taki typowy dla niemowlakowych mazidełek <3 jest również dosyć intensywny. Sam krem jest mega wydajny, już odrobina wystarcza na pomazianie dość sporej powierzchni ciała. Wchłania się niezbyt szybko, a już na pewno nie nadaje się pod makijaż.


No dobra, wszystko ładnie i pięknie, ale to w końcu krem na odparzenia dla niemowlaków pod pieluchy. A do czego ja go używam? Otóż jest to dla mnie wspaniały zamiennik wspomnianej wcześniej maści cynkowej. Jako, że nie znoszę jej zapachu i tłustej konsystencji, kremik Johnson's Baby jest dla mnie świetną alternatywą - mniej tłustą, ładnie pachnącą i lepiej wchłaniającą się. Radzi sobie z wyskakującymi raz na jakiś czas nieprzyjaciółmi na mej twarzy. Przyspiesza gojenie, wysusza syfki, ma również działanie odżywcze.

Bardzo podoba mi się to, jak ten niepozorny krem dla maluchów naprawił Hiroszimę na mojej brodzie. z czerwonych wulkanów nie ma nawet przebarwień! Przyspiesza gojenie, regeneruje i odżywia skórę. Co prawda jest gęsty i tłustawy, ale wystarczy raz na jakiś czas pomaziać się nim w domu, by nie narażać ludzi na widok świecącej twarzy xD Zastanawiam się nad zakupem pełnowymiarowego opakowania po wykońceniu próbeczki, jednak pojęcia nie mam, kiedy bym go zużyła xD Próbki 15ml używam od jakichś 3 tygodni, a nie ubyła nawet połowa. Ale z drugiej strony tuba tak dobrego produktu z pewnością mi się przyda ;)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Sekcja 42.: Sensique, Zmywacz do paznokci z gąbką

I tak jak obiecałam, pojawia sie kolejna, choć malutka sekcja. Pozostając w klimatach paznokciowych, chciałabym wam zaprezentować trupa, bez którego obejść się ostatnio nie mogę.


Niby nic niezwykłego - ot zwykły zmywacz do paznokci. A mimo wszystko podbił moje serce i dziwi mnie, dlaczego tak dobry i tani zmywacz dorobił się już tylu hejterów. xD Przede wszystkim zacznijmy od tego że jest łatwo dostępny - w każdej Naturze, u mnie stoi tuż obok kasy i kusi swą niską ceną 3,30zł za całe 50ml.


Bezacetonowy, głównymi składnikami rozpuszczającymi są tutaj octany etylu i butylu, którym po części zawdzięcza dosyć przyjemny dla mnie zapach. No właśnie! Zapach! Wiecie czym mi to pachnie? Otóż zmywacz docelowo miał być o zapachu kokosowym (ja się pytam, co za tłuk umieszcza BIAŁE napisy na BIAŁYM tle opakowania?!), jednak paznokietki po wyjęciu z buteleczki pachną... dokładnie tak samo jak ten zestaw! Dla mnie bardzo miła to niespodzianka. ;) Z opisem producenta się zgadzam - nie wysusza skórek, opuszek, zaś moje paznokcie nie odnotowały jakiegoś nagłego pogorszenia stanu zdrowia odkąd go stosuję. A stosuję go już miesiąc xD


Gąbeczka jest świetnym rozwiązaniem w tum zmywaczu. Nie trzeba bawić się w waciki czy tarcie na siłę - wystarczy włożyć palec do słoiczka i ewentualnie delikatnie pocierać - po około 15 sekundach mamy czysty paznokieć! Zmywacz radzi sobie też z ciemnymi lakierami i emaliami, co więcej, dał sobie radę nawet z mega tępym Krokodylem Wibo, którego zmył błyskawicznie! Przypuszczam, że byłby również dobry przy zmywaniu wszelkich glitterów.


Niestety, nawet tak dobry zmywacz się kończy i zużywa. Jego maksimum eksploatacji to miesiąc. I tak ładny wynik, biorąc pod uwagę to, że zazwyczaj z mamą w ciągu miesiąca zużywamy nawet do 3 buteleczek zwykłych zmywaczy. Po miesiącu czasu wygląda tak jak wyżej - brudna gąbeczka, brudny płyn, które oczywiście jeszcze resztkami sił zmywają, jednak brudzą niemiłosiernie palce.

Odkąd go odkryłam, jest to mój absolutny must have. Mały rozmiar, pozwalający na zabranie go nawet w podróż, świetny - jak na zmywacz - zapach, i jak na bezacetonowca - doskonałe działanie. Do tego niska cena, no czego chcieć więcej? xD

Sekcja 41.: SinfulColors Professional, Nail Enamel 978 Amethyst

Po licznych zaliczeniach i pierwszych dniach świętowania wolności wracam do Was. A tak! W niedzielę xD Żeby nadrobić dwie zaległe notki, możecie się spodziewać dziś jeszcze jednej sekcji ;)

A dziś na stole sekcyjnym gościć będzie truposz nowy, z rączek Aliczki otrzymany, któremu po prostu nie mogłam się oprzeć xD

W życiu nie słyszałam o lakierach SinfulColors. Najprawdopodobniej dlatego, że moja lakierowa historia jest krótka i burzliwa, ale również dlatego, że lakiery te nie są dostępne w Polsce. A szkoda, bo mi osobiście ten BAARDZO przypadł do gustu. I nie chodzi nawet o kolor, który moim zdaniem jest obłędny, ale chociażby o konsystencję, która dla mnie jest idealna, czy pędzelek - średniej długości, wąski i mięciutki.


Lakier jest duuuży. 15ml to dla mnie olbrzymek. Ale myślę, że ten kolor pójdzie bardzo szybciutko, gdyż będzie bardzo często gościł na moich paznokciach xD Z tego, co udało mi się wyniuchać, jest dostępny na eBayu za cenę wahającą się od 2$ do 4$ plus przesyłka.


Maluje się nim pazurki bardzo przyjemnie. Kryje przy drugiej warstwie, schnie dosyć szybko. długo utrzymuje połysk, nie matowieje podczas noszenia. Jego wielka zaleta - nie pryska. Jedynie ścierają mu się końcówki ok 2 dni po pomalowaniu. Ciekawa jestem, czy gęstnieje xD


Jednak jego największą zaleta jest kolor. Nic dodać, nic ująć - Milka xD Piękny, żywy fiolet, który nigdy mi - fanatyczce wszelkich fioletów - nigdy się nie znudzi. Jest typowo kremowy, bez żadnych drobinek. Sądzę, że świetnie wyglądałby w połączeniu z matowym topem, bądź też białymi łatkami xD Jestem jak najbardziej na tak i szczerze żałuję, że nie ma ich w Polsce. Z pewnością skusiłabym się na inne warianty kolorystyczne xD Jeśli będziecie miały okazję zakupu lakierów SinfulColors - nie wahajcie się xD


środa, 18 kwietnia 2012

Sekcja 40.: Carmex Moisturising Lip Balm, Strawberry Tube

Mam dzikie wrażenie, że znajduję się w jakimś szkolnym koszmarze. Pragnę was ogromnie przeprosić za to, że w tym tygodniu poświęcę blogowi nieco mniej uwagi. z racji nadciągającej matury, a wraz z nią końca roku szkolnego, zmuszona jestem ograniczyć czas spędzany na komentowaniu i czytaniu Waszych notek. Obiecuję, że w weekend wszystko nadrobię ;)

Jest mi również niezmiernie miło, iż liczba odwiedzin strony przekroczyła 5000. I nie, nie zapominam o Was. Najprawdopodobniej za niedługo pojawi się mała niespodzianka, ale nie wcześniej, jak po przekroczeniu magicznej liczby 100 obserwatorów xD Sacz chce zobaczyć, kto ją naprawdę lubi XD

A dzisiaj przechodzimy do sekcji, którą mam przyjemność przeprowadzić dzięki uprzejmości pana Pawła, który to zdecydował się wysłać mi to małe cudo do testów. Z góry przepraszam za pomyłkę w podpisie zdjęć, oczywiście jest to tubka, nie sztyft xD


Owiany legendą Carmex, atrybut wielu pań i ulubieniec blogerek. Czy naprawdę wart jest swej sławy i niecałych 10zł w Rossmannie? Przekonajmy się. Tubeczka tego specyfiku mieści w sobie aż 10g, przy czym balsam ten możemy używać spokojnie przez dwa lata po otwarciu.


Zapewnienia producenta oraz skład. Co mogę o nim powiedzieć po tygodniu intensywnych testów? Otóż u mnie pomadki ochronne umierały w jeden z dwóch sposobów - albo po jakimś czasie stawały się woskową skorupą na ustach i zbierały się w kącikach, albo nie działały wcale. Po przeczytaniu wielu opinii na Wizażu i innych blogach wiedziałam, że mam do czynienia albo z wielkim hitem, albo z wielkim bublem. I co się okazało? Otóż jest to obecnie mój numer jeden wśród balsamów ochronnych! Ale po kolei.


Po pierwsze - zapach. Kiedy otworzyłam kopertę, wszystko pachniało mi truskawkami. Ale nie takimi chemicznymi. Normalnie żywymi truskawkami! Jego zapach jest bardzo intensywny, przyjemny, jednak po nałożeniu ginie na rzecz... No właśnie. Mentol i kamfora. Połączenie, które od dawna mnie intrygowało i przerażało jednocześnie. O ile mentol w pomadkach kocham, o tyle kamfora kojarzyła mi się zawsze z cuchnącym spirytusem kamforowym stosowanym na zapalenie ucha. Pierwsze nałożenie - o matko! Jak to powiedziała Zuzu - "mocna rzecz". Balsam lekko mrowi i chłodzi usta, zaś kamfora jest bardzo mocno wyczuwalna. I o ile przy pierwszej aplikacji doznałam szoku, o tyle później pokochałam go całym sercem. Po kilku użyciach chyba przyzwyczaiłam się do zapachu, gdyż coraz intensywniej wyczuwam teraz truskawkę xD


Po drugie - opakowanie. Spodziewałam się po tubce nieco innego rozwiązania. Jednak tubeczka jest bardzo mięciutka, wygodna, poręczna, zaś samo nakładanie odbywa się przy rozsmarowywaniu balsamu kuleczkokształtnym aplikatorkiem z dziureczką, z której wydostaje się kosmetyk.
Po trzecie - konsystencja. Po Lovely Lip Balm, pomadkach Nivea i Bebe przyzwyczajona jestem do konsystencji twardej, zbitej - tu natomiast otrzymałam mięciutki, lekko tłustawy balsamik, który bez problemów aplikuje się na usta.


Po czwarte - efekt. Chłodzi, wygładza, nadaje zdrowy połysk i nawilża. Usta są delikatne jak pupcia niemowlęcia, a dodatkowo chronione przez filtr ;) Nie zbiera się w kącikach i co najważniejsze - nie ścina na ustach! Nie lepi się, za to zauważyłam, że częściowo się wchłania w skórę i nawilża ją od wewnątrz. Myślę, że świetnie sprawdzi się zarówno w lato, jak i w zimę.
Po piąte - to na pewno nie mój ostatni Carmex! Zakochałam się w nim ja, zakochała się moja mama i o dziwo babcia (!), której wiecznie nic nie pasuje. W najbliższym czasie planuję zakup jego wiśniowego brata i być może uda mi się dorwać nowe smaki - miętę i mojego faworyta - jaśminową zieloną herbatkę! Z czystym sercem polecam ;)

wtorek, 17 kwietnia 2012

Sekcja 39.: KIKO Creamy Lipstick, Rouge à Lèvres nº96

Dziś sekcja szybka i przyjemna. Jakiś czas temu chwaliłam wam się wygraną w rozdaniu Krzykli, a dziś chciałam wam zaprezentować jednego z truposzy, które od niej otrzymałam xD


Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie miałam w swoich łapkach produktów KIKO, dlatego ogromnie się ucieszyłam na wieść, że dostanę aż dwa xD Jednym z nich jest własnie szminka, do której dorwałam się jako pierwszej i zakochałam od pierwszego pomaziania. Szminka ma 3ml pojemności i kosztuje... no właśnie, ile? Sądzę, że przedział cenowy (obserwując Allegro) wynosi jakieś 20-40zł za sztukę. Całkiem przyjemna cena, nieprawdaż? xD


Numer 96 to kolor, który baaardzo przypadł mi do gustu - coś pośredniego między beżem, pomarańczem a koralem, dopasowuje się do każdego rodzaju makijażu, taki delikatny nudziak. Kolor ten jest matowy, co jest ogromnym plusem jak dla mnie. Ma przyjemny, typowo szminkowy zapach ;)


KIKO Creamy Lipstick ma jak dla mnie świetne krycie. Nakłada się bezproblemowo, równomiernie. Dosyć trwała jak na szminkę - bez jedzenia i picia do 4 godzin. Nie zbiera się w kącikach, zjada równomiernie xD Zauważyłam również, iż jest "sucha" - niby tłustawa, ale no po prostu sucha xD przez co podkreśla suche skórki. Ale w końcu szminka ma nadawać kolor, a nie nawilżać jak balsam, prawda? xD

A oto i efekt, jaki daje na ustach. Bardzo kremowy, delikatny a jednocześnie dobrze kryjący ;)
Myślę, że szminki KIKO są godne polecenia - niedrogie, a cieszą jakością xD

PS.
Wiecie, że dziś doszły do mnie aż trzy paczuchy? xD Moja zamówiona koszula maturalna oraz kosmetyczne co-nieco xD Jedną z paczuszek była wygrana u Aliczkii, dzięki której przygarnęłam ametystowe cudeńko lakierowe xD Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam w paczuszce nie jeden, a dwa lakiery i bardzo miłą notkę od Alicji ;) Oczywiście, Kochana, ze nie mam Ci za złe xD jeszcze raz baaaaardzo dziękuję! ;*
Drugą zaś paczuszkę otworzyłam na końcu, gdyż wiedziałam, co w niej jest. Wy już chyba też wiecie... ;>




Ogłoszenia parafialne:
Zapraszam na rozdania do:


Wiolki i Madziowej

Iwony